30 marca 2017

Alternatywa klamerek w Soft Release

Dokładnie rok temu przeprowadziłem test Systemu a'la Janki czyli soft release z klamrą jako mnożnik. Jeśli nie mamy klamerki, to jako mnożnika możemy użyć ogniwo łańcucha w kombinacji z hangOverem. Ma to swoje plusy i minusy. W slackline takie ogniwa miały zastosowanie jako line lockery od samego początku.

Klasyczny line locker


Już jakiś czas temu chciałem zrobić ten test, ale w markecie slacklinowym koszt jednego ogniwa to 7-10 euro + przesyłka. Jednak w ulubionym sklepie warszawskich slacklinerów, który oferuje materiały ze stali kwasoodpornej (kupujemy tam za grosze szekle i ringi), można dostać takie ogniwko. Koszt jednego to 8 zł. Sporo, ale tak naprawdę płacimy za dwa, bo trzeba rozciąć łańcuch. Wymiar wewnętrzny to 28 mm x 13 mm, fi 10 mm, stal 316, wytrzymałość 50 kN.

Dużym plusem tego rozwiązania jest to, że ogniwa nie musimy przewlekać przez całego softa, a od razu wkładamy je w potrzebne nam miejsce. Jeśli chcemy zrobić kolejny oplot to wypinamy hangOvera (ogniwo wypada) -> przekładamy taśmę -> wkładamy ogniwo -> wpinamy hangOvera. Koniec. Zero przewlekania podczas zdejmowania czy zakładania.


Ogniwa nie trzeba przewlekać przez całe SR (w przeciwieństwie do klamerki)



Niestety na moim SR ślizga się już przy 24 kg 😭


Ogniwo da się spokojnie przesuwać po taśmie w obie strony – gdy nie jest pod obciążeniem. Jest to bardziej upierdliwie w porównaniu do klamerki (jeśli nie ma dodatkowego karabinka). Natomiast gdy ciągniemy, to się blokuje.  Niestety w kombinacji z hangOverem dobrze współpracuje tylko z bardzo grubą taśmą. Z tą, którą ja używam do softa, poślizg następuje już przy 24 kg, czyli używanie go w tej konfiguracji jest zupełnie bez sensu. 

Karabinek dajemy tak jak na fotce powyżej, będzie nam łatwiej przesuwać multipliera

Jednakże, jeśli zwiększymy kąty przez włożenie dodatkowego karabinka, na cienkiej taśmie poślizg nie nastąpi nawet przy 100 kg. Ten dodatkowy element w niczym nam nie przeszkadza, a nawet bym powiedział, że znacznie ułatwia przesuwanie multipliera przy naciąganiu. Gdy za niego pociągniemy taśma się luzuje i bez problemu przemieszczamy ogniwo z hangOverem w żądanie miejsce. Działa to tak samo dobrze jak klamerka :)
Podczas treningu zrobiłem dwa szybie testy z SR z 4 oplotami (8 warstw) i z 6 oplotami (12 warstw). Z drugiej strony taśma szła przez stalowy karabinek owalny.


Przy 4 oplotach bez problemu taśmę naciągnąłem do 428 kg przy sile ciągnięcia 77,5 kg, a przy 6 oplotach 522 kg, używając siły ok. 90 kg. Średnia efektywność jaką uzyskałem przy 4 oplotach to 5,5, a przy 6 oplotach to 6,25. Jest to znacznie mniej niż w analogicznym teście z klamerką, ale moim zdaniem to wina bardzo zużytej, bo prawie rocznej, taśmy SR. Jedyną wadą ogniwa jest to, że nie możemy go zastosować jako hamulca w SR, a dodatkowym plusem, że gdy zapomnimy banana, to mamy gotowego line lockera :)


Mimo pewnych niedogodności to warto mieć jedno ogniwo, by w parku lub na hajkach przy dłuuuuuugim soft release nie męczyć się z przewlekaniem całego softa, jak to się dzieje w przypadku klamerek. Szczerze powiem, dla mnie jest to nawet lepszy patent niż z klamerką.

Z jedną klamrą lub ogniwem jesteśmy w stanie naciągnąć taśmę do ponad 500 kg. 
(Kuba Bałdych naciągając w pojedynkę zestawem SR z 5 oplotami i pojedynczą klamrą na bananie z dodatkowym pinem uzyskał ponad 650 kg napięcia taśmy!!!) Potrzeba nam czegoś więcej? Realnie na początku naszej przygody z taśmą nie ma sensu wydawać majątku na systemy naciągowe, bloczki, liny, hamulce, linegripy etc. Na hajki również wystarczy nam to w zupełności.






Koszmarek


19 marca 2017

Przykazania riggera

"Wherever we are, we ought to treat nature as our own, even though the very people who are local oftentimes don't!" 

Zbliża się kolejny sezon wakacyjny. Highlinerów mamy coraz więcej. Przybywa też osób, które nie tylko jeżdżą na festiwale highlinowe, gdzie wszystko jest przygotowane, lecz także zaczyna próbować swoich sił riggując nowe miejsca lub odwiedzając miejscówki, gdzie kiedyś już coś wisiało.

Na dzień dzisiejszy przynajmniej u nas nie ma zaleceń etycznych dotyczących riggowania nowych i starych linii, ale może czas, żeby je powoli stworzyć.


Obowiązuje nas bezwzględny nakaz ochrony środowiska – gór i skał oraz otaczającej je przyrody. Powyżej highline "Buteo buteo" ze względu na gniazdo myszołowów, musiałem się zadowolić znacznie krótszą jego wersją. 


Więc tak:


1. Nie wbijamy boltów w miejscach, gdzie możliwa jest asekuracja naturalna.

2. Boltów wbijamy tylko tyle ile jest naprawdę potrzebne. U mnie jest to maksymalnie 6 (po 3 na stan) przy kiepskiej skale i braku jakiejkolwiek naturalnej asekuracji, ale w większości przypadków w zupełności wystarcza mi 4 lub nawet mniej.
Kuriozalnym przykładem obijania jest mój znajomy, który riggując nowego 30 m hajka w skale o dobrej jakości wbił 12 x 12 mm boltów – po 6 na każdą stronę. Bezpieczeństwo bezpieczeństwem, ale to już lekka przesada.

3. Jeśli z jakichś względów w rejonie nie wolno wiercić, bo jest to np. rezerwat przyrody, to tego nie robimy. Staramy się zariggować hajka czysto, nawet jeśli będzie to wymagało mnóstwo sprzętu i 10 wizyt. Jeśli nie damy rady – trudno. Przyroda jest najważniejsza. Dokładnie obejrzyjmy jeszcze raz teren, przyjedźmy tu za jakiś czas, może wtedy uda się coś wykombinować.
Nie zachowujmy się jak jedna z niemieckich ekip slacklinowych, która przyjechała do BG i w rezerwacie przyrody powbijali kotwy mechaniczne w piaskowiec!!! U siebie w analogicznym rejonie nigdy by tego nie zrobili ze względu na kary i zapewne krytykę środowiska wspinaczkowego. Wydaje im się pewnie, że Bułgaria to trzeci świat i można wszystko. 

Niezależnie od tego gdzie jesteśmy, to traktujmy przyrodę jak naszą rodzimą, nawet jeśli nie szanują jej sami miejscowi. Chyba nie chcielibyśmy mieć „lasu sterczących kotew” na każdej jurajskiej skale lub tym bardziej w naszych piachach.


Jaskinia Devetashka, siedem otworów w suficie z średnicą od 30 m do 70 m na wysokości 60 m.
Super miejsce na hajka, ale 
nasze wspólne dobro - środowisko jest w tym przypadku najważniejsze. Między 1.06-31.07 do jaskini nawet nie można wchodzić ze względu na nietoperze. 




4.też takie rejony i miejsca, gdzie absolutnie zabrania się uprawiania jakiejkolwiek działalności sportowej. Można jedynie pstrykać fotki i podziwiać okolice. Nawet w BG w takich miejscach są wielkie tabele informujące. I jak zwykle przykład niemieckojęzycznych highlinerów, którzy postanowili zawiesić hajka w jaskini Devetashka. Na szczęście przyszedł strażnik z broną i ich przegonił. 
Skoro coś jest pomnikiem przyrody i nie wolno tam nic robić – uszanujmy to. Nie wierćmy dziur pod stanowiska, niszcząc tym przyrodę, bo taką mamy zachciankę. Jeśli potrzebujemy adrenaliny na nielegalnych obiektach, to działajmy w środowisku miejskim, gdzie nawet sterczące kotwy nikomu nie zaszkodzą.

5. Jeżeli hajek był zrobiony „czysto”(czyli bez używania boltów na stanowiskach), to powtarzamy go w ten sam sposób. Jeśli tego nie potrafimy lub brakuje nam sprzętu – odpuszczamy. Wracamy po sprzęt lub się doszkalamy. Zresztą, co to by było za przejście ze świadomością, że nie potrafiliśmy zamotać „czysto” stanowiska i wbiliśmy „n” kotew, by poprawić własne samopoczucie. Żenada.


"Czysty" stan na Jurze



Stan na 5 friendach, Kunino Bułgaria

6Również na starych hajkach nie dobijamy nowych boltów. No chyba, że stare naprawdę się już nie nadają, wtedy lepiej wymienić je całościowo na obu stanach, a stare wyciąć. Jeszcze lepiej zamiast wbijania nowego żelastwa wywiercić tylko dziury i używać removable bolt. W przyszłości jeśli miejsce jest popularne, będzie można tu ewentualnie wkleić ringi.

7. Jeśli na starych zaboltowanych liniach potrafimy zamotać stanowisko „czysto”, zróbmy to. Poinformujmy autora/lokalsów, opiszmy co i jak. Jest to zawsze lepszy styl przejścia, a być może miejscowi zdecydują się na usunięcie szpecącego skały żelastwa.

8. Zanim pojedziemy powtarzać hajki, to warto się wypytać autorów lub lokalnych slacklinerów o stanowiska i potrzebny sprzęt. Zaoszczędzi nam to czas i nerwy, jak również ochroni przyrodę przed nowymi wierceniami w przypadku nie odnalezienia istniejących stanowisk.

9. Podobnie jak we wspinaczce, jeśli ktoś przygotował nowy projekt, a jeszcze go nie przeszedł, to uszanujmy to. Gość zasługuje na prawo, aby móc przez jakiś czas powalczyć o pierwsze przejście. Znajdźmy i przygotujmy swoją linię, no chyba, że zostaniemy zaproszeni do przejścia przez samego autora. Sam na razie takich projektów nie mam, ale przy coraz więcej ilości highlinerów, to wcześniej czy później może się pojawić taki problem.

10. Co do obijania nowych linii – jeśli nie mamy doświadczenia w tym temacie, to zaprośmy do współpracy kogoś bardziej doświadczonego. Zapobiegnie to wbijaniu 12 boltów na 30 m hajku.

11. 
Od kotew mechanicznych oczywiście lepsze są kotwy lub ringi wklejane, choć osobiście preferuję kotwy wyjmowalne, które są najbardziej przyjazne dla środowiska.

12. Jeśli nie jesteśmy sami na hajkach to obowiązuje nas zasada - zero nieuzasadnionego ryzyka. Moim zdaniem skoro już np. chcemy chodzić bez asekuracji - OK, ale zróbmy to bez świadków. W razie ew. wypadku nikt nie dozna uszczerbku na psychice. 

13. Kwestia przejścia highlina, czy został zrobiony na taśmie napiętej, luźnej, czy też na linie, z takim lub innym backupem, dopiętym lub na"firankę" to prywatna sprawa highlinera, jego upodobań i nic nikomu do tego jeśli sam rigg był prawidłowy i nie ucierpiało przy tym środowisko.


(Obie skrajności  czyli highline - rodeo i highline - "deska" są ciężkie do przejścia i mogą być niebezpieczne, również, gdy dopniemy mocno backup robi się znacznie trudniej.
)

14. Nazwa linii. Przyjęto, że nazwę zwykle wymyśla osoba, która jako pierwsza przejdzie taśmę. Przy wspinaczce zdarza się, że autor przejścia z szacunku dla powagi projektu nadaję nazwę wymyśloną przez osobę, która pierwsza zauważyła możliwość wytyczenia w danym miejscu drogi wspinaczkowej i podejmowała pierwsze próby. We Francji nazwy wielu dróg wspinaczkowych nadają osoby, które je znalazły, przygotowały i ospitowały.
Obydwa warianty są ok, ale unikajmy sytuacji zdublowanego nazewnictwa, jak to ma miejsce ze słynną drogą "Biografie" (Realization). Mi od jakiegoś czasu pomysły na nazwy nowych highlinów się skończyły i wiele z nich to "no name." Mimo to uważam, że dla rozwoju highlina, pierwszeństwo nadania nazwy powinno należeć do osoby, która znalazła i przygotowała linię. Samo znalezienie i przygotowanie wymaga poświęcenia wielu godzin pracy, chęci i wiedzy, niż tylko samo przejście. Dzięki temu osoby, które tak jak ja znajdują i potrafią przygotować oraz zariggować hajka, nie będą omijać mega projektów, które znajdują się poza zasięgiem ich możliwości.

15. Nie śmiećmy. Wszystkie śmiecie powinniśmy znosić do cywilizacji, nawet niedopałki naszych papierosów.

To by było na tyle z moich etyczno-niedzielnych highlinowych przemyśleń. Jeśli macie jeszcze pomysły to piszcie do mnie na FB!


PS. Nie chcę tu dodawać rzeczy tak oczywistych jak to, że górach mamy obowiązek udzielenia pomocy każdemu w potrzebie, czy gdy highlinujemy sami to ktoś powinien wiedzieć gdzie jesteśmy, lub to, że nie wbijamy boltów pośrodku dróg wspinaczkowych :)






Koszmarek



14 listopada 2016

Removable bolts dla oszczędnych. Podsumowanie po dwóch sezonach

Coeur Pulse 12 mm "removable bolts" firmy Petzl. Fajny, ale niestety prawdopodobnie będzie dość drogi.





Minęły dokładnie dwa sezony od kiedy po raz pierwszy zastosowałem na highlinach wyjmowane kotwy rozporowe. Było to spowodowane z jednej strony kwestią ekonomiczną, a z drugiej bezpieczeństwem. Po 5-6 latach nieużywane bolty w morskich lub zmiennych warunkach pogodowych mogą stać się bardzo niebezpieczne. Poza tym firmowe kotwy są drogie, nie mówiąc już o wklejanych ringach. Z kolei te tańsze, niemarkowe, są słabszej jakości i wytrzymałości. Testowałem kiedyś polskie – stal była zbyt miękka, przy wbijaniu uszkadzał się łepek i gwint, więc bolt był praktycznie nie do użytku, dodatkowo po dwóch latach łapały rdzę. Wymyśliłem zatem wyjmowane, wielorazowe kotwy, które najpierw przetestowałem u siebie w piwnicy. Praktycznie stanowiska wszystkich moich nowych linii od 2015 roku (jeśli nie było możliwości zrobienia ich „czysto”) oparte są na tej metodzie.
Jeżeli na stanowisku mam dobry backup całości (uszy skalne, dalekie drzewo itp.), a skała jest lita to wiercę tylko dwie 12 mm dziury. Jeśli brakuje dobrego backupu, to robię klasyczny układ oparty na trzech otworach. W ciągu tych dwóch sezonów cały czas używałem kompletu 6 kotew, z czego tylko na dwóch zdarzyło mi się zapiec nakrętki, a samą metodę minimalnie dopracowałem.



Potrzebny sprzęt ;)


A więc tak:

1. Kupujemy firmowe kotwy Fischera/Hilti (w skale o dobrej jakości wystarczą nam w zupełności kotwy o długości 110-115 mm). Mogą to być tańsze kotwy do betonu niespękanego (FBN/HSA), bo i tak usuwamy sworzeń.


Przygotowanie wyjmowalnej kotwy trwa 10 sekund :)





2
. Zdejmujemy klips rozporowy i zamiast niego robimy „taśmowego klipsa”, czyli ruchomą rurkę z taśmy do tejpowania - ja używam płóciennej. Ilość taśmy to już praktyka, jak będzie jej za mało to plakietka nie będzie dostatecznie dociśnięta do skały i będzie miała luz, a sam bolt przy operacjach związanych z riggiem może nam się częściowo wysunąć. Z kolei jak będzie taśmy za dużo to będziemy mieli spore problemy z wyjęciem kotwy i może się ona nie nadawać do ponownego użytku, jeśli nie mamy pod ręką klucza i imadła.


Mój zestaw do oczyszczania otworów: wycior, wężyk i opcjonalnie jeśli nie mam wiertarki - wiertło

3. Po wywierceniu otworu musimy go dobrze oczyścić. Jeśli tego nie zrobimy to możemy mieć problemy przy wyjmowaniu. Musimy pamiętać, że gdy używamy klipsa z taśmy płóciennej to w dziurach nie powinno być też wody. Przy powtórkach starych linii, gdzie otworów nie zabezpieczyliśmy zaślepkami, powinniśmy mieć ze sobą wiertło, aby je oczyścić.

4. BOLTY MUSZĄ BYĆ NA ŚCINANIE!!!!!


5. RÓWNIEŻ NIE INSTALUJMY WYJMOWANYCH KOTEW W OKAPACH!!!!!

Wyjmowalne kotwy muszą być na ścinanie i nie montujemy ich w okapach

6. Zanim wbijemy kotwę zakładamy na nią plakietkę, podkładkę i nakrętkę. Odległość od górnej krawędzi kotwy do nakrętki powinna wynosić około półtora jej grubości.


Kotwa gotowa do wbijania

7
. Tak przygotowane kotwy wbijamy razem z plakietkami w wywiercone i oczyszczone dziury.


Kotwę wbijamy razem z plakietką


8
. Nic już nie dokręcamy. Plakietka nie powinna mieć luzu ew. może obracać się z lekkim oporem. (Jeżeli jest luz to możemy delikatnie dokręcić nakrętkę). Teraz możemy wpinać karabinki i riggować.

9. Do wyjmowania boltów potrzebny nam jest klucz płaski numer 19 (z jednej strony klasyczny z drugiej oczkowy) i w 90% przypadkach przydaje się też młotek.


10. Plakietkę lepiej usunąć, po pierwsze by jej nie zniszczyć, a po drugie by nam nie przeszkadzała, gdy wystąpią jakieś komplikacje z wyjmowaniem (choć muszę przyznać, że kotwę z plakietą lepiej się podważa kluczem).


Wyjmowanie kotwy poprzez podważanie kluczem

11. Klucza używamy jak dwuramiennej dźwigni. Jeden jego koniec wkładamy pod podkładkę, a w drugi stukamy delikatnie młotkiem lub mocno naciskamy - bolt powinien trochę wyjść. Dokręcamy śrubę i czynność tą powtarzamy, aż kotwa wyjdzie w całości. Oczywiście, jeśli daliśmy za dużo taśmy, lub otwór był nieoczyszczony albo mieliśmy pecha i nie jesteśmy wstanie wyjąć kotwy powyższym sposobem, to pozostaje nam dokręcić nakrętkę do końca. Mimo sporego oporu ostatecznie bolt powinien wyjść. Oczywiście w tym przypadku dokręcimy do końca gwintu i nakrętka będzie się obracała wraz z boltem, ale jest tam tylko taśma klejąca, więc gdy pokręcimy w prawo, w lewo, delikatnie ciągnąc przy tym do góry (przydaje się tu oczkowy koniec klucza), to w końcu nam się uda. Oczywiście taki bolt jest już nie do użytku. Trzeba go włożyć w duże imadło i odkręcić zapieczoną nakrętkę. Dlatego jeśli planujemy na wypadzie kilka hajków pod rząd, to warto mieć w zapasie przynajmniej dwa bolty lub duże kombinerki. 


Gdy nakrętka się zapiecze pozostaje nam imadło, nawet duże kombinerki często nie dają rady





Plusy takiego rozwiązania:

1. Brak żelastwa szpecącego skały. Przyroda bardzo szybko wchłonie te otwory. Jeśli nie zostawimy zatyczek to po roku może w nich już rosnąć trawa, a na morskich waterlinach - dziury będą zasypane solą. Po dwóch latach po hajku może nie być śladu.

2. Bezpieczeństwo. Jeśli kotwy są na ścinanie to naprawdę nie ma, co się obawiać, moim zdaniem są tak samo bezpiecznie jak „normalne”. Dodatkowo nie musimy się zastanawiać, kto i jak dawno je instalował, i w jakim są aktualnie stanie. Puste otwory, gdy nie slaczymy, nie powodują naprężenia w skale.

3. Oszczędność. Używam 6 kotew już drugi sezon. Dwie są do „naprawienia”, ale na pewno ten komplet przetrwa jeszcze jeden sezon.

4. Czas instalacji jest praktycznie taki sam lub nawet szybszy, no chyba, że musimy wyczyścić otwory.

5. Za jakiś czas w najpopularniejszych miejscówkach będzie można zainstalować wklejane ringi, używając tych samych otworów.



Po highlinach pozostają tylko otwory. Te w które włożyłem zaślepki łatwo jest odnaleźć, pozostałe już po roku pochłania przyroda 


Minusy:

1. Nawet autorowi projektu trudno czasem odnaleźć pochłonięte przez przyrodę otwory, dlatego w przyszłości zawsze będę używał zaślepek w jaskrawym kolorze.

2. Dużo więcej czasu tracimy przy deinstalacji stanowisk w porównaniu z klasycznym rozwiązaniem.

3. Minimalnie cięższy bagaż – kotwy + młotek.


Mój pierwszy hajek ze stanowiskami na wyjmowalnych kotwach ( 2015 r.) Krótki, ale wysoki ;)
To by było na tyle. Moim zdaniem, gdy bolty są na ścinanie to naprawdę są bezpiecznym rozwiązaniem. Klips z taśmy jest głównie po to, by plakietka nam nie latała, a bolt, by przypadkowo podczas riggowania się częściowo nie wysunął. Testowałem to zarówno na luźnych taśmach, jak i mocniej napiętych, w czasie chodzenia i upadków. W tym roku do tego rozwiązania mimo oporów przekonali się bułgarscy slacklinerzy. Skakali i bansowali, a żaden bolt nigdy nie drgnął nawet o milimetr. Jeśli nie stać nas na wklejane ringi to zachęcam do tego rozwiązania, które prawie na równi z „czystymi” stanowiskami jest przyjazne środowisku.

Tu link do artykułu z pierwszych moich testów z wyciąganymi kotwami.







Koszmarek

14 maja 2016

Dostanie się do stanowiska, po zerwaniu taśmy




Kiedyś zainteresowało mnie, jakie obciążenia działają na stanowisku przy upadku pod taśmę na backup. Oprócz tego z testu jasno wynikało, że używanie dynamicznej liny połówkowej jako backup, na midlinach jest bardzo niebezpieczne. Oczywiście wszystko zależy od stosunku długości do wysokości linii, 70 m na 20 m będzie równie niebezpieczne, co 30 m na 9 m - jeśli taśma pęknie to zaliczymy glebę. Przy dzisiejszych próbach jeszcze raz to potwierdziłem, dodając jedynie, że w dobie luźnych taśm i jeszcze luźniejszych backupów, zaliczyłbym też do bardzo niebezpiecznych na midlinach używanie pojedynczej liny dynamicznej jako backupu. Niby mniej się rozciąga niż połówkowa, ale jeśli nie chcemy jej czuć w systemie to robimy delikatną "firankę". Jeśli taśma nie wytrzyma, efekt jest ten sam, co przy linie połówkowej – gleba i to prawie bez amortyzacji. Dla przypomnienie testowy midline ma długość 33 m i wysokość 9 m. 

Szwajcarzy dają taki przelicznik co do bezpiecznej wysokości hajka: 1/3 długości taśmy + dodatkowe 3 m.



Zjazd na lonży po 8,5 mm linie połówkowej robiącej jako backup zakończył się na ziemi





Przy zjeździe tylko na backupie na linie połówkowej na środku dotykałem ziemi, na pojedynczej miałem może z 1.5 m zapasu (stanowisko było wyżej, bo na ok. 10 m). Przy drugiej próbie już spokojnie stałem na ziemi w obu wariantach. Dobrze jest więc dla bezpieczeństwa przy nie za dużej wysokości naszej taśmy, po pierwszym przejściu i upadku trochę dociągnąć backup z liny dynamicznej.
Wracając do tematu, na hajkach najczęściej jestem sam i mogę liczyć tylko na siebie, więc tym razem postanowiłem sprawdzić, czy jeśli pęknie mi taśma, to czy dam radę, mając tylko HangOvera, dostać się do stanowiska. Oczywiście taśma i backup zawsze są zatejpowane, więc praktycznie nie ma możliwości, że będziemy wychodzić tylko po backupie. Choć zawsze parę tejpów może odpaść, a taśma po zerwaniu zwinąć się w firankę, przez co przez kilka metrów będziemy mieli do dyspozycji naszych rąk tylko goły backup. 

Statyk 9 mm z "zerwaną" taśmą, lina pojedyncza 10 mm, dyneema 6 mm, lina połówkowa 8,5 mm
 Sprawdziłem cztery warianty backupu: z dynamicznej liny połówkowej 8,5 mm, dynamicznej liny pojedynczej 10 mm, dyneemy 6 mm i liny statycznej 9 mm wraz z zerwaną taśmą. Lina połówkowa była delikatnie naciągnięta z ręki, a reszta backupów dość luźna, tak, żeby nie było ich czuć przy chodzeniu.
Po zerwaniu taśmy, zaliczymy raczej 100% „leash fall-a”, a następnie dość szybko pojedziemy w okolice środka, ku największemu ugięciu taśmy. Podczas jazdy wskutek tarcia ringi się nagrzewają, choć u mnie po tych 12-14 m były ciepłe, ale nieparzące. Przy bardzo długich liniach może to być niebezpieczne, szczególnie, jeśli mamy backup z dyneemy, której temperatura topnienia wynosi tylko 150 °C. Podczas jazdy tejpy będą nas trochę spowalniać, ale mogą też ucierpieć.

No to siup...


Po zjechaniu zakładałem HangOvera i próbowałem się dostać do stanu. Udało mi się to jedynie na linie statycznej z taśmą, choć i tak wymagało to na końcowych metrach użycia siły. Przy „gołych” linach 3-4 m od stanu robiło się już tak pionowo, że nie dawałem rady utrzymać ich rękoma, ślizgałem się i zjeżdżałem ponownie na środek.  By wyjść do stanu ostatecznie musiałem użyć tibloka. Oczywiście taka sytuacja raczej nigdy nam się nie zdarzy, bo taśma jest zatejpowana z backupem, przez co mamy pewniejszy chwyt i wyjście jest łatwiejsze. 







Przy tej długości i takim sagu spokojnie dało się dotrzeć do stanu
Bardzo ciekawa sytuacja jest za to na dyneemie - po zjeździe na środek byłem 
wstanie ze względu na jej małą średnicę i sporą śliskość jedynie się przemieszczać w obu kierunkach na jakieś 2 m, potem już ręce przestawały trzymać. Gdyby na hajku w takiej sytuacji zatejpowana z dyneemą taśma była za daleko, to byłbym uziemiony. 


Brrrrrrrr....dzięki za taki backup....

Nawet "francuz" w pewnym momencie nie dawał rady



Pozostało mi użycie kawałka rep sznura. Zrobiłem węzeł zaciskowy - „francuski” i dopiero wtedy dałem radę się przesuwać po tak cienkiej dyneemie do góry. Nie wiem czy mój rep sznur okazał się za gruby, czy mokra dyneema za śliska, ale do stanowiska nie udało mi się wyjść, węzeł po kilku metrach zaczął puszczać. Dobrze, że miałem przygotowaną linę statyczną, po której zjechałem na ziemię. Oczywiście, tak jak wspomniałem powyżej, jest to sytuacja wielce nieprawdopodobna, bo zawsze mamy zatejpowaną z backupem taśmę.


Wycof z dyneeny krótkim zjazdem


W podsumowaniu. Jeśli na hajku nie mamy partnera, który w razie czego pomoże nam dostać się do stanu, gdy pęknie nam taśma, to chyba warto mieć przy uprzęży kawałek 5 mm rep sznura do ewentualnego auto ratownictwa. Bez problemu zadziała on na linie, taśmie, częściowo na dyneemie i co najważniejsze na taśmie z backupem, mimo, że trochę będą nam przeszkadzać tejpy. 
Najtrudniejsze są ostatnie metry. Nieraz ukształtowanie terenu pomoże nam je łatwiej pokonać jeśli będziemy mogli nogami zaprzeć się o skałę, ale może się zdarzyć, że pod stanami mamy przewieszki wtedy dostanie się do stanu może być ciężkie. Zresztą, gdy mamy długą taśmę z dużym sagiem, dzięki takiemu rep sznurowi będziemy mogli zrobić sobie przystanek i dać odpocząć rękom. 

Nie jest to idealne rozwiązanie, ale można odpocząć podczas podchodzenia


Również należy pamiętać o dokładnym zabezpieczaniu taśmy i backupu przed ostrymi skalnymi krawędziami. Po zerwaniu taśmy nasz luźny backup idzie pod ostrym kątem w dół, przez co jest bardziej narażony na uszkodzenia. To by było na tyle, nikomu oczywiście nie życzę zerwania highlinowej taśmy w czasie spaceru po niej. Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale pewnie miałoby to dość negatywny wydźwięk na moją psychikę, szczególnie gdyby za backup służyła mi 6 mm dyneeema. Wpierw strach przed przepaleniem, a następnie przed przetarciem na stanowisku… Zapewne zaraz bym się przywiązał do urwanego kawałka taśmy :)

PS. Może będzie warto w przyszłości opracować i przetrenować metody ratowania nieprzytomnego partnera wiszącego na hajku.





Koszmarek

8 maja 2016

W butach, jak na boso. Test Merrell Vapor Glove 2



Moje ukochane slacklinowe Line Kingi spod znaku 5.10 w tym sezonie zaczęły się zupełnie rozpadać. Mimo że podeszwa jest jeszcze ok, to powstały dziury na złączeniu podeszwy z cholewką i popękał mi materiał na obu piętach. 

Spokojnie wytrzymają jeszcze jeden sezon, ale o jakiejkolwiek precyzji stąpania można zapomnieć. Zresztą po tylu latach używania, nie dziwi, że są już tak strasznie rozbite. Moim zdaniem był to bardzo udany i uniwersalny model zarówno do tricków, jak i do chodzenia po taśmie. W historii moich butów były to takie, które miałem najdłużej. Żadne inne, oprócz narciarskich i zimowych górskich, niezależnie od marki i ceny, nie przeżyły dłużej niż 1-2 sezony. 
Niestety kolejne wcielenia Line Kingów to już nie to, a dedykowane buty do slacka spod znaku adidasa Slack Cruiser zupełnie mi nie podpasowały. Są dobre na tricki, ale nie na longi i hajki, gdzie lubię „czuć” taśmę. Od jakiegoś czasu zacząłem się więc rozglądać za czymś nowym. Minimalistyczne buty biegowe Vapor Glove spod znaku Merrella od dawna wpadły mi w oko, a od znajomych słyszałem kilka pozytywnych opinii na ich temat. Również ekipa 2Trees slaczy w tych papciach, choć z własnego doświadczenia wiem, że opinie o produktach osób sponsorowanych należy traktować z lekkim przymrużeniem oka. Najlepiej jest sprawdzić samemu. Niestety cena w granicach 350-400 zł za skarpetki z podeszwą skutecznie mnie odstraszała. W końcu trafiłem na promocję, a dzięki dodatkowym rabatom udało mi się je kupić za mniej niż 150 zł. Niestety była tylko jedna para. Na potrzeby slacklina nabyłem o numer mniejsze.

Od lewej: Merrell - Vapor Glove, Adidas - Slack Cruiser, Five Ten - Line King
Wszystkie trzy podeszwy zapewniają bardzo dobrą przyczepność na slacku. Czucie taśmy najlepsze jest w Merrellach, następnie w 5.10, a w Adidasie praktycznie go brak. Merrelle i 5.10 mają zerowy drop. Wszystkie trzy podeszwy rewelacyjnie zbierają brud ;)
Nie będę się rozpisywał nad parametrami technicznymi, bo te można zobaczyć na stronie producenta, ale po wyjęciu z pudełka… szok! To nie but, to skarpetka ze skóry węża! W dodatku nic nie ważą, są mega elastyczne i mają zerowy drop. Buty, które sprawiają wrażenia bardzo delikatnych i raczej pasujących tylko na wąskie stopy.


Bardzo niska waga para - 293 g i ta niesamowita elastyczność


Pakuję sprzęt i lecę na moją standardową miejscówkę do testów. Rozwieszam taśmę, zakładam "skórę węża" i ruszam. But dopasował się do stopy niczym skarpetka, a czucie taśmy i precyzja stąpania jest rewelacyjna. Czuję się jakbym chodził na boso – jakbym ubrał drugą skórę. Bez problemu pokonuję kilka razy pod rząd taśmę, z którą jeszcze niedawno miałem spore problemy. But nie wymaga żadnego przyzwyczajenia, po prostu zakładasz i idziesz. Kiedyś nawet z Line Kingami musiałem się przez jakiś czas oswajać, a w Slack Cruiserach nawet po ponad roku używania, nie jestem wstanie chodzić na hajkach.






Tu mamy czucie taśmy jak przy bosej nodze, ale przy okazji ją chronimy. Oczywiście mógłbym jak większość slacklinerów chodzić bez butów, ale nie za bardzo tak lubię. I nie chodzi mi tylko o ewentualne otarcia stóp przez taśmę, ale o zeskakiwanie czy spadanie z taśmy na niekoniecznie przyjazne podłoże.




Również łażenie po 18 mm linie konopnej na bosaka jest dość nieprzyjemne i bolesne, często włazi ona m/y palce. W merrellach choć mocno ją "czujemy" chodzi się po linie, jak i po taśmie po prostu kapitalnie.


Na linie Merrellle też dają radę :)




W skrócie: rewelacyjne czucie taśmy, super przyczepna wibramowa i elastyczna podeszwa (przy chodzeniu nie natrafiamy na żaden opór buta, a stopa zachowuje się naturalnie, jakby była bosa), wygoda i dopasowanie, niska waga, ochrona przed obtarciami i przy zeskokach na ziemię. Na razie testowałem je na bardzo luźnym, zdublowanym 30 m białym Rubberze; na dość luźnej pojedynczej 46 m Zielonej Mili; słabo napiętej zdublowanej 68 m Octopussy MK III; 104 m mocno napiętej Platinium i na midlinach 25 m, 33 m i 54 m. Na każdej z tych taśm byłem bardzo mile zaskoczony, jak fajnie i naturalnie się w nich śmiga. 

Ten but zapewnia rewelacyjne czucie taśmy


Również łatwiej wykonuje się w nich wstanie z siadu, choć wstawanie z knee-dropa w porównaniu z moimi Line Kingami, gdzie język chronił piszczel, jest bardziej bolesne. Dodatkowo cholewka jest dość przewiewna, więc latem w Bułgarii nogi mi się nie zagotują. Pewnie i szybko schną, choć na waterliny bym ich nie używał. Czy lepiej mi się chodzi w skarpetkach czy bez, trudno powiedzieć - wielkiej różnicy nie czuję. Przy gołej stopie jest trochę przewiewniej, ale gdy jest duszno i gorąco, to wilgoć nie nadąża wyparowywać, powodując pewien dyskomfort, więc raczej zostanę przy cieniutkich skarpetach. Zresztą mimo, że producent reklamuje użycie wyściółki z oddychającej siateczki z technologią M-Select Fresh, która teoretycznie powinna eliminować pot i usuwać bakterie powodujące przykry zapach, raczej bym nie ryzykował chodzenia boso i zaśmierdnięta butów. Zresztą słyszałem od ich użytkownika, że może tak się zdarzyć ;)

Rewelacyjna przyczepność na taśmie idzie w parze z rewelacyjnym zbieraniem brudu na ziemi ;)


Cholewka Merrelli Vapor Glove wykonana jest z dość delikatnego materiału, więc taśma może ją bardzo łatwo uszkodzić. Buty nadają się raczej tylko do chodzenia po slacku, na tricki są za miękkie i szybko mogą się zniszczyć. Rowki w podeszwie tak samo jaki i w Line Kingach i Slack Cruiserach zbierają mnóstwo brudu, ale przez to, że but jest bardzo elastyczny łatwo go usunąć. 



Osobiście będę bardzo zadowolony, jeśli wytrzymają dwa sezony, a jeżeli nie, to będę musiał szukać czegoś innego lub przestawić się na gołe stopy. Czy warto je kupować? Do tricklina na pewno NIE. Do chodzenia po taśmie, jeśli nie lubimy tego robić na boso - TAK - ale tylko w promocji, bo będzie szkoda, jeśli szybko się zniszczą.

Co do ich trwałości, to w razie jakichś widocznych uszkodzeń, będę dopisywał tutaj na bieżąco. U mnie nie będą miały one łatwego życia.
Na taśmie minimalistyczne buty do biegania mogą być dobrą alternatywą chodzenia na boso.



27.03.2017  Minął dokładnie rok od zakupu 
Merrelli. Bucików nie oszczędzałem. Praktycznie na każdym slacklinowym treningu i highlinowym wypadzie miałem je na nogach. Po taśmie chodzi mi się w nich rewelacyjnie (poza zimą - straszliwie marzną w nich nogi). Niestety z trwałością już nie jest tak różowo. Co prawda podeszwa wygląda jak nowa, ale góra buta się zmechaciła, a w dwóch miejscach mam duże przetarcia, które niedługo zmienią się w dziury. Koniec butów jest bliski. Przetarcia powstały podczas wstawania z „chongo” i z  „sit startu”.





Podeszwa jak nowa, niestety z boku zaraz będę miał dziurę :(

Tak jak pisałem powyżej, gdyby wytrzymały dwa sezony to ok, ale jeden to zdecydowanie za krótko dla dość drogich "kapci" tylko na taśmę. Będę musiał poszukać alternatywy, no chyba, że mi się trafią takie same w super promocji :)





Koszmarek