28 sierpnia 2017

Usuwanie starych kotew rozporowych



Jest to pewnie jeden z moich ostatnich wpisów na blogu. Nie chcę opisywać i popularyzować bułgarskich miejscówek highlinowych (jak się sam przekonałem cierpi na tym środowisko), a technicznie w slacku raczej rewolucji się nie spodziewam. Zasady pozostaną takie same, wszystko będzie modyfikacją używanego już sprzętu. Zmienią się tylko materiały na lżejsze, wytrzymalsze, charakterystykami bardziej odpowiadającymi potrzebą slacklina. Pozostało mi tylko jeszcze opisać jak usunąć stare kotwy, których do 2015 roku zanim zacząłem używać "r
emovable bolt" wbiłem grubo ponad 500 sztuk. Mimo łatwiejszego riggu pozostawione żelastwo niszczy i szpeci skały, a po paru latach może być po prostu niebezpieczne. Jestem za tym by podczas riggowania jak najmniej ingerować w skałę i otaczające je środowisko. Nie wycinajmy przeszkadzających nam drzew i krzaków, nie zrzucajmy kruszyzny, zabierajmy ze sobą śmieci. Pozwólmy innym cieszyć się tym samym miejscem, nieoszpeconym naszą obecnością. Stanowiska albo "czyste" albo "wyjmowalne bolty", ewentualnie na popularnych treningowych miejscówkach wklejane atestowane ringi wspinaczkowe ze stali nierdzewnej. 


Kotwa Fixe 10 mm wbita przeze mnie w 2009 roku w skałach na Branovshchicy (Bułgaria)



Dokładnie 8 lat temu zariggowałem swoje pierwsze hajki. Na początku używałem polskich kotew mechanicznych. Po tylu latach zewnętrznie nie wyglądały już dobrze, a i w części miały lekko uszkodzone gwinty. Trzeba było się nieźle napocić, by wkręcić prawidłowo nakrętkę. Oczywiście można je wyciąć, a dziurę zacementować, ale potem trzeba wywiercić kolejne otwory pod rigg, co przy niektórych stanowiskach ze względu na brak miejsca może być problematyczne. W sumie gdybym tylko ja używał tych kotew, to by nie było problemu. Często np. tak jak w Karlukowie kotwy mają rozkradzione podkładki i nakrętki, więc woda o wiele łatwiej dostaje się do klipsów. Prawdę mówiąc bałbym się na nich cokolwiek wieszać. Tym bardziej, że ich ludzie używają nie tylko do hajków, ale i do skoków i tyrolek. Rozmawiając o tym kiedyś z jednym z czołowych bułgarskich highlinerów – Ludmiłem, wspomniał, że na YT widział metodę ich wyjmowania. W sumie okazała się dość prosta. Oczywiście trochę ją zmodyfikowałem.


Cały potrzebny sprzęt, dodatkowo przydaje się jeszcze jeden klucz 19 mm i przejściówka do kotew 10 mm


Sam koszt materiałów nie przekracza 15-20 zł. Potrzebujemy kawałka rurki za 5zł (długość zależy od długości kotew, jakie chcemy wyjmować, moja ma 150mm), dwie długie nakrętki za 4 zł, jedną długą (180 mm) i krótką śrubę (35-40 mm) za 3 zł, dwie podkładki za 50 gr i jedno łożysko za 1,50 zł. Dodatkowo jeśli chcemy wyjmować bolty 10 mm, to możemy dokupić przejściówkę 12 mm -> 10 mm - 2 zł.


Wyjęta stara kotwa 145 mm z 2011 roku, highlinie "Kale" (Bułgaria)


Więc tak:


1. W pierwszej kolejności kotwę dobijamy młotkiem i usuwamy nakrętkę i podkładkę.


2. Do kotwy przykręcamy długą nakrętkę, a następnie z góry dokręcamy krótką śrubę. Ważne, żeby koniec śruby stykał się z końcem kotwy, by przy kręceniu kotwa nie podniosła się do góry i się nie zablokowała.



3. Możemy użyć mocnej wkrętarki lub młotka udarowego. Wydaje mi się, że lepiej włączyć udar. Podczas kręcenia kotwą, otwór polewamy co jakiś czas wodą. Jeśli chcemy używać młotka udarowego, to musimy dokupić przejściówkę SDS -> 12 mm (dość trudno dostępna) lub kupić uchwyt wiertarki SDS -> na wiertła cylindryczne, ewentualne coś samemu wykombinować z dostępnych w sklepach akcesoriów.



Na tym etapie chodzi o to, by zetrzeć wystające zadziory metalowego klipsa. Czas kręcenia na wyczucie. Lepiej za długo niż za krótko. Jak kotwa zaczyna mieć luzy „góra – dół” to jest ok. Nieraz się zdarza, że na tym etapie po przesadnie długim kręceniu kotwę da się już wyjąć bez użycia narzędzi.

By wyjąć starą kotwę klips musi ściśle do niej przylegać i mieć usunięte zadziory

4. Następnie odkręcamy krótką śrubę z nakrętki (przydaje się drugi klucz) i przykręcamy długą śrubą w rurce z drugą nakrętką u góry. Zaczynamy dokręcać górną nakrętkę kluczem. Możemy to zrobić również wkrętarką (w tym wypadku musimy odciąć główkę śruby), choć tego nie polecam z dwóch powodów. Pierwszy to bezpieczeństwo. Podczas testów bolt się zablokował, a ja dostałem wiertarką w twarz. Przez tydzień miałem logo Dewalt na policzku. Drugi to taki, że jeśli nakrętka się zapiecze to jej już nie odkręcimy ze względu na brak główki w samej śrubie. 

Przy bardzo opornych 12, możemy zrobić dźwignię
Ciężko, ale wylazła ;)
Przy dokręcaniu kluczem mamy większą kontrolę i w razie potrzeby możemy powrócić do poprzedniego etapu. Kotwa teoretycznie bez większych problemów powinna wyjść. Oczywiście nie zawsze się to udaje.

Kotwy 10 mm wychodzą bardzo łatwo, niestety łatwo jest je też ukręcić

Bolt 12 mm z zerwanym gwintem, trzeba będzie go wyciąć i zacementować


Mi na osiem wyjętych 10 mm kotew, dwie pękły u samej podstawy (mimo użytej niewielkiej siły). Przy 12 nie miałem tego problemu (wręcz do ich wyciągania trzeba użyć siły), tu z kolei nie udało mi się wyjąć kotwy, która była zbyt głęboko wbita, nakrętka nie złapała jej wystarczająco dobrze i końcówka gwintu nie wytrzymała wyjmowania. Skuteczność na poziomie 80% nie jest zła.
W dziury możemy dać nowe kotwy lub używać tak ja wyjmowanych boltów. Sama rurka z nakrętkami 
wspaniałe się nadaje do bezproblemowego i szybkiego usuwania wyjmowanych kotew.

Nie potrzeba nam żadnych specjalistycznych narzędzi wystarczą dwie długie nakrętki, dwie podkładki, śruba, łożysko, rurka i klucz :)


Po oględzinach muszę stwierdzić, że stan większości kotew, mimo przerdzewiałej góry u podstawy, jest zadowalający. Rdza jest tylko powierzchowna. Mimo wszystko sterczące, zardzewiałe żelastwo szpeci skały i nie daje psychicznego komfortu na hajkach, więc lepiej wymienić bolty na nowe lub używać "removable bolts".

Usunięte stare kotwy z hajków w skałach na Branovshchicy (Bułgaria)
Metodę pewnie jeszcze trochę zmodyfikuję (lepsze łożysko, dłuższy klucz), a to co opisałem możecie zobaczyć na filmiku. 




(Wzorowałem się na metodzie pokazanej w tym filmie)






Koszmarek

30 marca 2017

Alternatywa klamerek w Soft Release

Dokładnie rok temu przeprowadziłem test Systemu a'la Janki czyli soft release z klamrą jako mnożnik. Jeśli nie mamy klamerki, to jako mnożnika możemy użyć ogniwo łańcucha w kombinacji z hangOverem. Ma to swoje plusy i minusy. W slackline takie ogniwa miały zastosowanie jako line lockery od samego początku.

Klasyczny line locker


Już jakiś czas temu chciałem zrobić ten test, ale w markecie slacklinowym koszt jednego ogniwa to 7-10 euro + przesyłka. Jednak w ulubionym sklepie warszawskich slacklinerów, który oferuje materiały ze stali kwasoodpornej (kupujemy tam za grosze szekle i ringi), można dostać takie ogniwko. Koszt jednego to 8 zł. Sporo, ale tak naprawdę płacimy za dwa, bo trzeba rozciąć łańcuch. Wymiar wewnętrzny to 28 mm x 13 mm, fi 10 mm, stal 316, wytrzymałość 50 kN.

Dużym plusem tego rozwiązania jest to, że ogniwa nie musimy przewlekać przez całego softa, a od razu wkładamy je w potrzebne nam miejsce. Jeśli chcemy zrobić kolejny oplot to wypinamy hangOvera (ogniwo wypada) -> przekładamy taśmę -> wkładamy ogniwo -> wpinamy hangOvera. Koniec. Zero przewlekania podczas zdejmowania czy zakładania.


Ogniwa nie trzeba przewlekać przez całe SR (w przeciwieństwie do klamerki)



Niestety na moim SR ślizga się już przy 24 kg 😭


Ogniwo da się spokojnie przesuwać po taśmie w obie strony – gdy nie jest pod obciążeniem. Jest to bardziej upierdliwie w porównaniu do klamerki (jeśli nie ma dodatkowego karabinka). Natomiast gdy ciągniemy, to się blokuje.  Niestety w kombinacji z hangOverem dobrze współpracuje tylko z bardzo grubą taśmą. Z tą, którą ja używam do softa, poślizg następuje już przy 24 kg, czyli używanie go w tej konfiguracji jest zupełnie bez sensu. 

Karabinek dajemy tak jak na fotce powyżej, będzie nam łatwiej przesuwać multipliera

Jednakże, jeśli zwiększymy kąty przez włożenie dodatkowego karabinka, na cienkiej taśmie poślizg nie nastąpi nawet przy 100 kg. Ten dodatkowy element w niczym nam nie przeszkadza, a nawet bym powiedział, że znacznie ułatwia przesuwanie multipliera przy naciąganiu. Gdy za niego pociągniemy taśma się luzuje i bez problemu przemieszczamy ogniwo z hangOverem w żądanie miejsce. Działa to tak samo dobrze jak klamerka :)
Podczas treningu zrobiłem dwa szybie testy z SR z 4 oplotami (8 warstw) i z 6 oplotami (12 warstw). Z drugiej strony taśma szła przez stalowy karabinek owalny.


Przy 4 oplotach bez problemu taśmę naciągnąłem do 428 kg przy sile ciągnięcia 77,5 kg, a przy 6 oplotach 522 kg, używając siły ok. 90 kg. Średnia efektywność jaką uzyskałem przy 4 oplotach to 5,5, a przy 6 oplotach to 6,25. Jest to znacznie mniej niż w analogicznym teście z klamerką, ale moim zdaniem to wina bardzo zużytej, bo prawie rocznej, taśmy SR. Jedyną wadą ogniwa jest to, że nie możemy go zastosować jako hamulca w SR, a dodatkowym plusem, że gdy zapomnimy banana, to mamy gotowego line lockera :)


Mimo pewnych niedogodności to warto mieć jedno ogniwo, by w parku lub na hajkach przy dłuuuuuugim soft release nie męczyć się z przewlekaniem całego softa, jak to się dzieje w przypadku klamerek. Szczerze powiem, dla mnie jest to nawet lepszy patent niż z klamerką.

Z jedną klamrą lub ogniwem jesteśmy w stanie naciągnąć taśmę do ponad 500 kg. 
(Kuba Bałdych naciągając w pojedynkę zestawem SR z 5 oplotami i pojedynczą klamrą na bananie z dodatkowym pinem uzyskał ponad 650 kg napięcia taśmy!!!) Potrzeba nam czegoś więcej? Realnie na początku naszej przygody z taśmą nie ma sensu wydawać majątku na systemy naciągowe, bloczki, liny, hamulce, linegripy etc. Na hajki również wystarczy nam to w zupełności.






Koszmarek


19 marca 2017

Przykazania riggera

"Wherever we are, we ought to treat nature as our own, even though the very people who are local oftentimes don't!" 

Zbliża się kolejny sezon wakacyjny. Highlinerów mamy coraz więcej. Przybywa też osób, które nie tylko jeżdżą na festiwale highlinowe, gdzie wszystko jest przygotowane, lecz także zaczyna próbować swoich sił riggując nowe miejsca lub odwiedzając miejscówki, gdzie kiedyś już coś wisiało.

Na dzień dzisiejszy przynajmniej u nas nie ma zaleceń etycznych dotyczących riggowania nowych i starych linii, ale może czas, żeby je powoli stworzyć.


Obowiązuje nas bezwzględny nakaz ochrony środowiska – gór i skał oraz otaczającej je przyrody. Powyżej highline "Buteo buteo" ze względu na gniazdo myszołowów, musiałem się zadowolić znacznie krótszą jego wersją. 


Więc tak:


1. Nie wbijamy boltów w miejscach, gdzie możliwa jest asekuracja naturalna.

2. Boltów wbijamy tylko tyle ile jest naprawdę potrzebne. U mnie jest to maksymalnie 6 (po 3 na stan) przy kiepskiej skale i braku jakiejkolwiek naturalnej asekuracji, ale w większości przypadków w zupełności wystarcza mi 4 lub nawet mniej.
Kuriozalnym przykładem obijania jest mój znajomy, który riggując nowego 30 m hajka w skale o dobrej jakości wbił 12 x 12 mm boltów – po 6 na każdą stronę. Bezpieczeństwo bezpieczeństwem, ale to już lekka przesada.

3. Jeśli z jakichś względów w rejonie nie wolno wiercić, bo jest to np. rezerwat przyrody, to tego nie robimy. Staramy się zariggować hajka czysto, nawet jeśli będzie to wymagało mnóstwo sprzętu i 10 wizyt. Jeśli nie damy rady – trudno. Przyroda jest najważniejsza. Dokładnie obejrzyjmy jeszcze raz teren, przyjedźmy tu za jakiś czas, może wtedy uda się coś wykombinować.
Nie zachowujmy się jak jedna z niemieckich ekip slacklinowych, która przyjechała do BG i w rezerwacie przyrody powbijali kotwy mechaniczne w piaskowiec!!! U siebie w analogicznym rejonie nigdy by tego nie zrobili ze względu na kary i zapewne krytykę środowiska wspinaczkowego. Wydaje im się pewnie, że Bułgaria to trzeci świat i można wszystko. 

Niezależnie od tego gdzie jesteśmy, to traktujmy przyrodę jak naszą rodzimą, nawet jeśli nie szanują jej sami miejscowi. Chyba nie chcielibyśmy mieć „lasu sterczących kotew” na każdej jurajskiej skale lub tym bardziej w naszych piachach.


Jaskinia Devetashka, siedem otworów w suficie z średnicą od 30 m do 70 m na wysokości 60 m.
Super miejsce na hajka, ale 
nasze wspólne dobro - środowisko jest w tym przypadku najważniejsze. Między 1.06-31.07 do jaskini nawet nie można wchodzić ze względu na nietoperze. 




4.też takie rejony i miejsca, gdzie absolutnie zabrania się uprawiania jakiejkolwiek działalności sportowej. Można jedynie pstrykać fotki i podziwiać okolice. Nawet w BG w takich miejscach są wielkie tabele informujące. I jak zwykle przykład niemieckojęzycznych highlinerów, którzy postanowili zawiesić hajka w jaskini Devetashka. Na szczęście przyszedł strażnik z broną i ich przegonił. 
Skoro coś jest pomnikiem przyrody i nie wolno tam nic robić – uszanujmy to. Nie wierćmy dziur pod stanowiska, niszcząc tym przyrodę, bo taką mamy zachciankę. Jeśli potrzebujemy adrenaliny na nielegalnych obiektach, to działajmy w środowisku miejskim, gdzie nawet sterczące kotwy nikomu nie zaszkodzą.

5. Jeżeli hajek był zrobiony „czysto”(czyli bez używania boltów na stanowiskach), to powtarzamy go w ten sam sposób. Jeśli tego nie potrafimy lub brakuje nam sprzętu – odpuszczamy. Wracamy po sprzęt lub się doszkalamy. Zresztą, co to by było za przejście ze świadomością, że nie potrafiliśmy zamotać „czysto” stanowiska i wbiliśmy „n” kotew, by poprawić własne samopoczucie. Żenada.


"Czysty" stan na Jurze



Stan na 5 friendach, Kunino Bułgaria

6Również na starych hajkach nie dobijamy nowych boltów. No chyba, że stare naprawdę się już nie nadają, wtedy lepiej wymienić je całościowo na obu stanach, a stare wyciąć. Jeszcze lepiej zamiast wbijania nowego żelastwa wywiercić tylko dziury i używać removable bolt. W przyszłości jeśli miejsce jest popularne, będzie można tu ewentualnie wkleić ringi.

7. Jeśli na starych zaboltowanych liniach potrafimy zamotać stanowisko „czysto”, zróbmy to. Poinformujmy autora/lokalsów, opiszmy co i jak. Jest to zawsze lepszy styl przejścia, a być może miejscowi zdecydują się na usunięcie szpecącego skały żelastwa.

8. Zanim pojedziemy powtarzać hajki, to warto się wypytać autorów lub lokalnych slacklinerów o stanowiska i potrzebny sprzęt. Zaoszczędzi nam to czas i nerwy, jak również ochroni przyrodę przed nowymi wierceniami w przypadku nie odnalezienia istniejących stanowisk.

9. Podobnie jak we wspinaczce, jeśli ktoś przygotował nowy projekt, a jeszcze go nie przeszedł, to uszanujmy to. Gość zasługuje na prawo, aby móc przez jakiś czas powalczyć o pierwsze przejście. Znajdźmy i przygotujmy swoją linię, no chyba, że zostaniemy zaproszeni do przejścia przez samego autora. Sam na razie takich projektów nie mam, ale przy coraz więcej ilości highlinerów, to wcześniej czy później może się pojawić taki problem.

10. Co do obijania nowych linii – jeśli nie mamy doświadczenia w tym temacie, to zaprośmy do współpracy kogoś bardziej doświadczonego. Zapobiegnie to wbijaniu 12 boltów na 30 m hajku.

11. 
Od kotew mechanicznych oczywiście lepsze są kotwy lub ringi wklejane, choć osobiście preferuję kotwy wyjmowalne, które są najbardziej przyjazne dla środowiska.

12. Jeśli nie jesteśmy sami na hajkach to obowiązuje nas zasada - zero nieuzasadnionego ryzyka. Moim zdaniem skoro już np. chcemy chodzić bez asekuracji - OK, ale zróbmy to bez świadków. W razie ew. wypadku nikt nie dozna uszczerbku na psychice. 

13. Kwestia przejścia highlina, czy został zrobiony na taśmie napiętej, luźnej, czy też na linie, z takim lub innym backupem, dopiętym lub na"firankę" to prywatna sprawa highlinera, jego upodobań i nic nikomu do tego jeśli sam rigg był prawidłowy i nie ucierpiało przy tym środowisko.


(Obie skrajności  czyli highline - rodeo i highline - "deska" są ciężkie do przejścia i mogą być niebezpieczne, również, gdy dopniemy mocno backup robi się znacznie trudniej.
)

14. Nazwa linii. Przyjęto, że nazwę zwykle wymyśla osoba, która jako pierwsza przejdzie taśmę. Przy wspinaczce zdarza się, że autor przejścia z szacunku dla powagi projektu nadaję nazwę wymyśloną przez osobę, która pierwsza zauważyła możliwość wytyczenia w danym miejscu drogi wspinaczkowej i podejmowała pierwsze próby. We Francji nazwy wielu dróg wspinaczkowych nadają osoby, które je znalazły, przygotowały i ospitowały.
Obydwa warianty są ok, ale unikajmy sytuacji zdublowanego nazewnictwa, jak to ma miejsce ze słynną drogą "Biografie" (Realization). Mi od jakiegoś czasu pomysły na nazwy nowych highlinów się skończyły i wiele z nich to "no name." Mimo to uważam, że dla rozwoju highlina, pierwszeństwo nadania nazwy powinno należeć do osoby, która znalazła i przygotowała linię. Samo znalezienie i przygotowanie wymaga poświęcenia wielu godzin pracy, chęci i wiedzy, niż tylko samo przejście. Dzięki temu osoby, które tak jak ja znajdują i potrafią przygotować oraz zariggować hajka, nie będą omijać mega projektów, które znajdują się poza zasięgiem ich możliwości.

15. Nie śmiećmy. Wszystkie śmiecie powinniśmy znosić do cywilizacji, nawet niedopałki naszych papierosów.

To by było na tyle z moich etyczno-niedzielnych highlinowych przemyśleń. Jeśli macie jeszcze pomysły to piszcie do mnie na FB!


PS. Nie chcę tu dodawać rzeczy tak oczywistych jak to, że górach mamy obowiązek udzielenia pomocy każdemu w potrzebie, czy gdy highlinujemy sami to ktoś powinien wiedzieć gdzie jesteśmy, lub to, że nie wbijamy boltów pośrodku dróg wspinaczkowych :)






Koszmarek



14 listopada 2016

Removable bolts dla oszczędnych. Podsumowanie po dwóch sezonach

Coeur Pulse 12 mm "removable bolts" firmy Petzl. Fajny, ale niestety prawdopodobnie będzie dość drogi.





Minęły dokładnie dwa sezony od kiedy po raz pierwszy zastosowałem na highlinach wyjmowane kotwy rozporowe. Było to spowodowane z jednej strony kwestią ekonomiczną, a z drugiej bezpieczeństwem. Po 5-6 latach nieużywane bolty w morskich lub zmiennych warunkach pogodowych mogą stać się bardzo niebezpieczne. Poza tym firmowe kotwy są drogie, nie mówiąc już o wklejanych ringach. Z kolei te tańsze, niemarkowe, są słabszej jakości i wytrzymałości. Testowałem kiedyś polskie – stal była zbyt miękka, przy wbijaniu uszkadzał się łepek i gwint, więc bolt był praktycznie nie do użytku, dodatkowo po dwóch latach łapały rdzę. Wymyśliłem zatem wyjmowane, wielorazowe kotwy, które najpierw przetestowałem u siebie w piwnicy. Praktycznie stanowiska wszystkich moich nowych linii od 2015 roku (jeśli nie było możliwości zrobienia ich „czysto”) oparte są na tej metodzie.
Jeżeli na stanowisku mam dobry backup całości (uszy skalne, dalekie drzewo itp.), a skała jest lita to wiercę tylko dwie 12 mm dziury. Jeśli brakuje dobrego backupu, to robię klasyczny układ oparty na trzech otworach. W ciągu tych dwóch sezonów cały czas używałem kompletu 6 kotew, z czego tylko na dwóch zdarzyło mi się zapiec nakrętki, a samą metodę minimalnie dopracowałem.



Potrzebny sprzęt ;)


A więc tak:

1. Kupujemy firmowe kotwy Fischera/Hilti (w skale o dobrej jakości wystarczą nam w zupełności kotwy o długości 110-115 mm). Mogą to być tańsze kotwy do betonu niespękanego (FBN/HSA), bo i tak usuwamy sworzeń.


Przygotowanie wyjmowalnej kotwy trwa 10 sekund :)





2
. Zdejmujemy klips rozporowy i zamiast niego robimy „taśmowego klipsa”, czyli ruchomą rurkę z taśmy do tejpowania - ja używam płóciennej. Ilość taśmy to już praktyka, jak będzie jej za mało to plakietka nie będzie dostatecznie dociśnięta do skały i będzie miała luz, a sam bolt przy operacjach związanych z riggiem może nam się częściowo wysunąć. Z kolei jak będzie taśmy za dużo to będziemy mieli spore problemy z wyjęciem kotwy i może się ona nie nadawać do ponownego użytku, jeśli nie mamy pod ręką klucza i imadła.


Mój zestaw do oczyszczania otworów: wycior, wężyk i opcjonalnie jeśli nie mam wiertarki - wiertło

3. Po wywierceniu otworu musimy go dobrze oczyścić. Jeśli tego nie zrobimy to możemy mieć problemy przy wyjmowaniu. Musimy pamiętać, że gdy używamy klipsa z taśmy płóciennej to w dziurach nie powinno być też wody. Przy powtórkach starych linii, gdzie otworów nie zabezpieczyliśmy zaślepkami, powinniśmy mieć ze sobą wiertło, aby je oczyścić.

4. BOLTY MUSZĄ BYĆ NA ŚCINANIE!!!!!


5. RÓWNIEŻ NIE INSTALUJMY WYJMOWANYCH KOTEW W OKAPACH!!!!!

Wyjmowalne kotwy muszą być na ścinanie i nie montujemy ich w okapach

6. Zanim wbijemy kotwę zakładamy na nią plakietkę, podkładkę i nakrętkę. Odległość od górnej krawędzi kotwy do nakrętki powinna wynosić około półtora jej grubości.


Kotwa gotowa do wbijania

7
. Tak przygotowane kotwy wbijamy razem z plakietkami w wywiercone i oczyszczone dziury.


Kotwę wbijamy razem z plakietką


8
. Nic już nie dokręcamy. Plakietka nie powinna mieć luzu ew. może obracać się z lekkim oporem. (Jeżeli jest luz to możemy delikatnie dokręcić nakrętkę). Teraz możemy wpinać karabinki i riggować.

9. Do wyjmowania boltów potrzebny nam jest klucz płaski numer 19 (z jednej strony klasyczny z drugiej oczkowy) i w 90% przypadkach przydaje się też młotek.


10. Plakietkę lepiej usunąć, po pierwsze by jej nie zniszczyć, a po drugie by nam nie przeszkadzała, gdy wystąpią jakieś komplikacje z wyjmowaniem (choć muszę przyznać, że kotwę z plakietą lepiej się podważa kluczem).


Wyjmowanie kotwy poprzez podważanie kluczem

11. Klucza używamy jak dwuramiennej dźwigni. Jeden jego koniec wkładamy pod podkładkę, a w drugi stukamy delikatnie młotkiem lub mocno naciskamy - bolt powinien trochę wyjść. Dokręcamy śrubę i czynność tą powtarzamy, aż kotwa wyjdzie w całości. Oczywiście, jeśli daliśmy za dużo taśmy, lub otwór był nieoczyszczony albo mieliśmy pecha i nie jesteśmy wstanie wyjąć kotwy powyższym sposobem, to pozostaje nam dokręcić nakrętkę do końca. Mimo sporego oporu ostatecznie bolt powinien wyjść. Oczywiście w tym przypadku dokręcimy do końca gwintu i nakrętka będzie się obracała wraz z boltem, ale jest tam tylko taśma klejąca, więc gdy pokręcimy w prawo, w lewo, delikatnie ciągnąc przy tym do góry (przydaje się tu oczkowy koniec klucza), to w końcu nam się uda. Oczywiście taki bolt jest już nie do użytku. Trzeba go włożyć w duże imadło i odkręcić zapieczoną nakrętkę. Dlatego jeśli planujemy na wypadzie kilka hajków pod rząd, to warto mieć w zapasie przynajmniej dwa bolty lub duże kombinerki. 


Gdy nakrętka się zapiecze pozostaje nam imadło, nawet duże kombinerki często nie dają rady





Plusy takiego rozwiązania:

1. Brak żelastwa szpecącego skały. Przyroda bardzo szybko wchłonie te otwory. Jeśli nie zostawimy zatyczek to po roku może w nich już rosnąć trawa, a na morskich waterlinach - dziury będą zasypane solą. Po dwóch latach po hajku może nie być śladu.

2. Bezpieczeństwo. Jeśli kotwy są na ścinanie to naprawdę nie ma, co się obawiać, moim zdaniem są tak samo bezpiecznie jak „normalne”. Dodatkowo nie musimy się zastanawiać, kto i jak dawno je instalował, i w jakim są aktualnie stanie. Puste otwory, gdy nie slaczymy, nie powodują naprężenia w skale.

3. Oszczędność. Używam 6 kotew już drugi sezon. Dwie są do „naprawienia”, ale na pewno ten komplet przetrwa jeszcze jeden sezon.

4. Czas instalacji jest praktycznie taki sam lub nawet szybszy, no chyba, że musimy wyczyścić otwory.

5. Za jakiś czas w najpopularniejszych miejscówkach będzie można zainstalować wklejane ringi, używając tych samych otworów.



Po highlinach pozostają tylko otwory. Te w które włożyłem zaślepki łatwo jest odnaleźć, pozostałe już po roku pochłania przyroda 


Minusy:

1. Nawet autorowi projektu trudno czasem odnaleźć pochłonięte przez przyrodę otwory, dlatego w przyszłości zawsze będę używał zaślepek w jaskrawym kolorze.

2. Dużo więcej czasu tracimy przy deinstalacji stanowisk w porównaniu z klasycznym rozwiązaniem.

3. Minimalnie cięższy bagaż – kotwy + młotek.


Mój pierwszy hajek ze stanowiskami na wyjmowalnych kotwach ( 2015 r.) Krótki, ale wysoki ;)
To by było na tyle. Moim zdaniem, gdy bolty są na ścinanie to naprawdę są bezpiecznym rozwiązaniem. Klips z taśmy jest głównie po to, by plakietka nam nie latała, a bolt, by przypadkowo podczas riggowania się częściowo nie wysunął. Testowałem to zarówno na luźnych taśmach, jak i mocniej napiętych, w czasie chodzenia i upadków. W tym roku do tego rozwiązania mimo oporów przekonali się bułgarscy slacklinerzy. Skakali i bansowali, a żaden bolt nigdy nie drgnął nawet o milimetr. Jeśli nie stać nas na wklejane ringi to zachęcam do tego rozwiązania, które prawie na równi z „czystymi” stanowiskami jest przyjazne środowisku.

Tu link do artykułu z pierwszych moich testów z wyciąganymi kotwami.







Koszmarek

14 maja 2016

Dostanie się do stanowiska, po zerwaniu taśmy




Kiedyś zainteresowało mnie, jakie obciążenia działają na stanowisku przy upadku pod taśmę na backup. Oprócz tego z testu jasno wynikało, że używanie dynamicznej liny połówkowej jako backup, na midlinach jest bardzo niebezpieczne. Oczywiście wszystko zależy od stosunku długości do wysokości linii, 70 m na 20 m będzie równie niebezpieczne, co 30 m na 9 m - jeśli taśma pęknie to zaliczymy glebę. Przy dzisiejszych próbach jeszcze raz to potwierdziłem, dodając jedynie, że w dobie luźnych taśm i jeszcze luźniejszych backupów, zaliczyłbym też do bardzo niebezpiecznych na midlinach używanie pojedynczej liny dynamicznej jako backupu. Niby mniej się rozciąga niż połówkowa, ale jeśli nie chcemy jej czuć w systemie to robimy delikatną "firankę". Jeśli taśma nie wytrzyma, efekt jest ten sam, co przy linie połówkowej – gleba i to prawie bez amortyzacji. Dla przypomnienie testowy midline ma długość 33 m i wysokość 9 m. 

Szwajcarzy dają taki przelicznik co do bezpiecznej wysokości hajka: 1/3 długości taśmy + dodatkowe 3 m.



Zjazd na lonży po 8,5 mm linie połówkowej robiącej jako backup zakończył się na ziemi





Przy zjeździe tylko na backupie na linie połówkowej na środku dotykałem ziemi, na pojedynczej miałem może z 1.5 m zapasu (stanowisko było wyżej, bo na ok. 10 m). Przy drugiej próbie już spokojnie stałem na ziemi w obu wariantach. Dobrze jest więc dla bezpieczeństwa przy nie za dużej wysokości naszej taśmy, po pierwszym przejściu i upadku trochę dociągnąć backup z liny dynamicznej.
Wracając do tematu, na hajkach najczęściej jestem sam i mogę liczyć tylko na siebie, więc tym razem postanowiłem sprawdzić, czy jeśli pęknie mi taśma, to czy dam radę, mając tylko HangOvera, dostać się do stanowiska. Oczywiście taśma i backup zawsze są zatejpowane, więc praktycznie nie ma możliwości, że będziemy wychodzić tylko po backupie. Choć zawsze parę tejpów może odpaść, a taśma po zerwaniu zwinąć się w firankę, przez co przez kilka metrów będziemy mieli do dyspozycji naszych rąk tylko goły backup. 

Statyk 9 mm z "zerwaną" taśmą, lina pojedyncza 10 mm, dyneema 6 mm, lina połówkowa 8,5 mm
 Sprawdziłem cztery warianty backupu: z dynamicznej liny połówkowej 8,5 mm, dynamicznej liny pojedynczej 10 mm, dyneemy 6 mm i liny statycznej 9 mm wraz z zerwaną taśmą. Lina połówkowa była delikatnie naciągnięta z ręki, a reszta backupów dość luźna, tak, żeby nie było ich czuć przy chodzeniu.
Po zerwaniu taśmy, zaliczymy raczej 100% „leash fall-a”, a następnie dość szybko pojedziemy w okolice środka, ku największemu ugięciu taśmy. Podczas jazdy wskutek tarcia ringi się nagrzewają, choć u mnie po tych 12-14 m były ciepłe, ale nieparzące. Przy bardzo długich liniach może to być niebezpieczne, szczególnie, jeśli mamy backup z dyneemy, której temperatura topnienia wynosi tylko 150 °C. Podczas jazdy tejpy będą nas trochę spowalniać, ale mogą też ucierpieć.

No to siup...


Po zjechaniu zakładałem HangOvera i próbowałem się dostać do stanu. Udało mi się to jedynie na linie statycznej z taśmą, choć i tak wymagało to na końcowych metrach użycia siły. Przy „gołych” linach 3-4 m od stanu robiło się już tak pionowo, że nie dawałem rady utrzymać ich rękoma, ślizgałem się i zjeżdżałem ponownie na środek.  By wyjść do stanu ostatecznie musiałem użyć tibloka. Oczywiście taka sytuacja raczej nigdy nam się nie zdarzy, bo taśma jest zatejpowana z backupem, przez co mamy pewniejszy chwyt i wyjście jest łatwiejsze. 







Przy tej długości i takim sagu spokojnie dało się dotrzeć do stanu
Bardzo ciekawa sytuacja jest za to na dyneemie - po zjeździe na środek byłem 
wstanie ze względu na jej małą średnicę i sporą śliskość jedynie się przemieszczać w obu kierunkach na jakieś 2 m, potem już ręce przestawały trzymać. Gdyby na hajku w takiej sytuacji zatejpowana z dyneemą taśma była za daleko, to byłbym uziemiony. 


Brrrrrrrr....dzięki za taki backup....

Nawet "francuz" w pewnym momencie nie dawał rady



Pozostało mi użycie kawałka rep sznura. Zrobiłem węzeł zaciskowy - „francuski” i dopiero wtedy dałem radę się przesuwać po tak cienkiej dyneemie do góry. Nie wiem czy mój rep sznur okazał się za gruby, czy mokra dyneema za śliska, ale do stanowiska nie udało mi się wyjść, węzeł po kilku metrach zaczął puszczać. Dobrze, że miałem przygotowaną linę statyczną, po której zjechałem na ziemię. Oczywiście, tak jak wspomniałem powyżej, jest to sytuacja wielce nieprawdopodobna, bo zawsze mamy zatejpowaną z backupem taśmę.


Wycof z dyneeny krótkim zjazdem


W podsumowaniu. Jeśli na hajku nie mamy partnera, który w razie czego pomoże nam dostać się do stanu, gdy pęknie nam taśma, to chyba warto mieć przy uprzęży kawałek 5 mm rep sznura do ewentualnego auto ratownictwa. Bez problemu zadziała on na linie, taśmie, częściowo na dyneemie i co najważniejsze na taśmie z backupem, mimo, że trochę będą nam przeszkadzać tejpy. 
Najtrudniejsze są ostatnie metry. Nieraz ukształtowanie terenu pomoże nam je łatwiej pokonać jeśli będziemy mogli nogami zaprzeć się o skałę, ale może się zdarzyć, że pod stanami mamy przewieszki wtedy dostanie się do stanu może być ciężkie. Zresztą, gdy mamy długą taśmę z dużym sagiem, dzięki takiemu rep sznurowi będziemy mogli zrobić sobie przystanek i dać odpocząć rękom. 

Nie jest to idealne rozwiązanie, ale można odpocząć podczas podchodzenia


Również należy pamiętać o dokładnym zabezpieczaniu taśmy i backupu przed ostrymi skalnymi krawędziami. Po zerwaniu taśmy nasz luźny backup idzie pod ostrym kątem w dół, przez co jest bardziej narażony na uszkodzenia. To by było na tyle, nikomu oczywiście nie życzę zerwania highlinowej taśmy w czasie spaceru po niej. Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale pewnie miałoby to dość negatywny wydźwięk na moją psychikę, szczególnie gdyby za backup służyła mi 6 mm dyneeema. Wpierw strach przed przepaleniem, a następnie przed przetarciem na stanowisku… Zapewne zaraz bym się przywiązał do urwanego kawałka taśmy :)

PS. Może będzie warto w przyszłości opracować i przetrenować metody ratowania nieprzytomnego partnera wiszącego na hajku.





Koszmarek