1 kwietnia 2013

Podsumowanie sezonu 2012

Highline przez duże „H”

Usłyszałem kiedyś słowa młodego slacklinera: „Jak zrobię highlina przez duże „H” to zakończę karierę”. Zapytałem, co to dla niego oznacza, a on odpowiedział, że długość musi przekraczać 50 m, a wysokość być co najmniej równa długości taśmy. Co prawda wiosną na moście Grota Roweckiego z Pawłem Jarosiewiczem udało mi się przejść 60 m midlina, ale mała wysokość i zerowa ekspozycja nie mają nic wspólnego z „prawdziwymi” highlinami. Oczywiście granica 50 m jest bardzo umowna. Rekord świata już dawno przekroczył 100 m. Cóż, każdy ma swój Mont Everest, niekoniecznie na 8 850 m. n.p.m. Dla mnie na początku roku przekroczenie granicy 50 m na highlinie pozostawało w strefie marzeń.



Rok zaczął się obiecująco. Już 1-ego stycznia przechodzę nowego 33,5 metrowego midlina, parę dni później jeszcze jednego 36 metrowego, a w kolejnych dniach dwa nowe highliny 31 i 38.5 metrów przy temperaturze poniżej 20 stopni. Zima nie zima, cały czas z Pawłem trenujemy. Obozowa, Bloco i slack w parku przy Obozowej. 2-ego marca, w dość niesprzyjającej aurze, przechodzimy 60 m midlina „Wawaline na moście Grota Roweckiego. Niestety kulturalnie wypraszają nas stamtąd mundurowi. Szkoda. Była to niezła miejscówka na trening


Paweł Jarosiewicz na „Wawaline”, L-60 m

Wiosna

Coraz bardziej daje mi się we znaki kontuzja kręgosłupa, mam problem z zawiązaniem sznurówek nie mówiąc już o wspinaniu czy highlinowaniu. Za lekarzami nie przepadam, więc postanawiam udać się na rehabilitację do Bułgarii. Oczywiście zabieram buty wspinaczkowe, uprząż i trochę sprzętu do slaczenia. Mimo, że Święto Wina (Trifon Zarezan) już dawno minęło, na miejscu znajomi (w ramach rehabilitacji) raczą mnie ogromnymi ilościami tego trunku. Plecy jakby mniej zaczynają boleć, więc uciekam w góry w poszukiwaniu nowych miejsc pod highliny. Trafiam do Teteven. To małe miasteczko położone w dolinie rzeki Vit w samym sercu pasma górskiego Stara Płanina, między szczytami: Ostricz, trudno dostępnym szczytem Petrachilia, Czerwen i Weżen. Przyroda regionu zapiera dech w piersiach. Pionowe skalne ściany, łąki, wodospady i jaskinie. Są też dwa sportowe rejony wspinaczkowe „Sinyoto Kolelo” i „Ribaritsa”. Co prawda jest tam tylko 38 dróg, ale aż 35 ma powyżej 6c. Po kilku dniach łażenia mam to czego szukałem. Na jednym ze szczytów dziewicze ściany tworzą coś w rodzaju kilku ogromnych podków. Wszystkie na sporej wysokości od 60 do 120 m. Obijam i przechodzę dwa nowe highliny „Balkan Horses” L-32 m; H-80 m i „Nagore kam slance” (Do góry ku słońcu) L-40 m; H-120 m. Ściany mają wystawę południową przez co tworzą się silne kominy termiczne, które trochę mi przeszkadza, ale są rajem dla miejscowych paralotniarzy. Jestem zauroczony tym miejscem, przepiękna miejscówka z widokiem na Starą Płaninę. Zapewne niebawem tu wrócę. 


Highline „Do góry ku słońcu”
 Jadę do miasta Plovdiv, gdzie latem poznałem niezwykle zdolnego slacklinera – Serafima. Postanawiam mu pomóc w zrealizowaniu pierwszego bułgarskiego przejścia highlina. Serafim nie miał nigdy do czynienia z alpinizmem, speleologią i taśmami na wysokości. Podchodząc w deszczu ze śniegiem pod highlina „Kale” – 27 m, szczerze wątpię czy mu się uda. Na miejscu widzę w jego oczach przerażenie i lęk wysokością. Mimo wszystko postanawia spróbować. Po zaliczeniu dwóch lotów i chwili wyciszenia, udaje mu się. Jestem pod wrażeniem jego talentu. Radosne uściski i gratulacje nie mają końca. Sukces opijamy domowym winem z piwniczki jego rodziców. Dwa dni później zalicza już spokojnie OS kolejnego haja. 
Natchniony pozytywnymi wibracjami niczym po spotkaniu z Dalajlamą udaję się do Karlukowa. Przechodzę kolejno 40 m i 46 m metrowego highlina. Wtedy to był mój rekord. O rehabilitacji prawie zupełnie zapomniałem, więc jadę na basen z wodami termalnymi. Następnego dnia nie mogę wstać z łóżka…. Koszmar. Do dupy z taką rehabilitacją. Wracam w góry i przechodzę bardzo trudny technicznie projekt „Euredyka. Niby tylko 34 m, ale daje mi w kość, 3 godziny podejścia, zjeżdżanie i wychodzenie na prusach do stanowisk, wspinanie w przyciasnym kominku. Na końcu nadciąga potężna burza z piorunami.Przed samym powrotem do Polski udaje mi się trochę jeszcze powspinać, ale za największy sukces wiosennego wyjazdu uważam przejścia Serafima. Jest tak wielu zdolnych młodych ludzi, ale bez pomocy i wsparcia nie mogą liczyć na progress.




Lato
Wreszcie urlop. Znów 22 godziny jazdy samochodem do ukochanej Bułgarii. Po przyjeździe wraz z Pawłem i dziewczynami udajemy się nad morze. Woda ma 28 stopni. Bosko! Idealne warunki na waterline i nadmorskie midline




Czarnomorskie trickline, midline i waterline

Po kilku dniach „SPA” uderzamy jednak na highliny. Panują niemiłosierne upały, 44 stopnie w cieniu. W nocy nie da się spać. Wszędzie pożary. Podobno to lato 100-lecia. Po jednodniowym pobycie w Karlukowie dostaję udaru cieplnego. Nie jestem w stanie funkcjonować w tej temperaturze. Postanawiamy więc z Pawłem dokończyć zeszłoroczny projekt „Hubavec” w górach Stara Płanina.


Highline „Hubavec”, L-42 m, Karlovo

Tam na pewno będzie chłodniej. Wiosną udało mi się przygotować tylko jedno stanowisko, a do drugiego nawet nie dałem rady dojść przez wzburzoną rzekę. Skała to granit z kryształkami kwarcu. Jedno czterowidiowe wiertło Hilti starcza na jedną dziurę. Nawet we dwóch nie jest nam łatwo. Wniesienie sprzętu, przygotowanie, przerzucenie taśmy i naciągnięcie zajmuje nam cztery dni. Gdy piątego dnia przystawiamy się do projektu, zaczyna mocno wiać. Jesteśmy zrozpaczeni, że tyle przygotowań pójdzie na marne. To tylko 42 m, ale wiatr skutecznie zrzuca nas z taśmy. Nie poddajemy się. Cudem udaje mi się przejść, a zaraz po mnie Pawłowi. Jego przejściu przygląda się strażnik parku narodowego (trzeba mieć pozwolenie od władz na działanie w tym rejonie) i w pewnym momencie z niedowierzaniem komentuje: „Ten chłopak to prawdziwy fakir”. Na parę następnych dni Paweł zyskuje nowy przydomek: „Fakir”. Szczęśliwi schodzimy w dolinę.

***



   Termometr cały czas pokazuje 42 kreski. Co robić? Zastanawiamy się nad projektem w chłodzie jaskini. Jedziemy do „Prohodnej”. Po oględzinach obijamy pod samymi „Oczami Boga” highlina „Oczi cziornyje” – 27m. Jest niesamowity. Jest to trzeci highline w jaskini na świecie. Paweł dostrzega jeszcze jedno miejsce na wyższy, dłuższy i o wiele trudniejszy technicznie projekt. Do każdego ze stanowisk trzeba się wspinać. Z jednej strony okazuje się to w miarę łatwe, gdyż w pobliżu biegną drogi sportowe i można korzystać z ich wpinek. Do drugiego stanu jest znacznie gorzej – dziewicza ściana z kruchych narośli skalnych. Napieram. Jestem spięty, nie mam pojęcia czy ktoś już kiedyś się tu wspinał i czy się nie zapcham. Wkładam w rysę frienda i sam nie wierzę w to, że przy upadku mnie utrzyma. Zerkam na Pawła. Też jest zdenerwowany. Docieram wreszcie na obszerny balkon gdzie ma być nasz stan. Uff! Po chwili konsternacja: nie ma skały, w którą mógłbym wbić bolta. Wszystko jest pokryte blisko 30 cm warstwą gliny zmieszanej z kośćmi nietoperzy i odłamkami skał. Przydałaby się łopata, a ja mam tylko młotek. Trudno. Zaczynam to wszystko odgarniać i czyścić. Mija parę godzin nim wbijam bolty. Zakładam stan i zjeżdżam. Wyglądam jak górnik na koniec szychty. Paweł już ma nazwę na tego haja „Dirty Caveman”


W promieniu światła z „Oczu Boga”
Paweł na highline „Crazy Caveman"


Zmęczeni na stanowisku pod „Oczami”

Rano naciągamy taśmę i atakujemy. Puszcza, mimo, że do jaskini wchodzi stado owiec i strasznie beczy, co nas mocno dekoncentruje. Echo potęguje ten dźwięk. Takiego „supportu” nikt by nie wymyślił. Highline „Oczi cziornyje” jest piękny, a ten po prostu zjawiskowy. Przyszedł czas na zmianę otoczenia. Udajemy się w góry Riła, żeby poszukać nowych miejsc pod highliny. Aby sprawdzić jedną z miejscówek musimy wspiąć się północną ścianą Malyovitsy. Powstanie tu kiedyś highline przez duże „H”, ale póki co jest poza naszym zasięgiem. W dolinie, między drzewami, rozpinamy „40” na której szlifujemy formę. Niestety wakacje dobiegają końca, wracamy do Polski.







W górach Riła

Jesień

Po powrocie do kraju czuje pewien niedosyt i za zgodą żony wracam do Bułgarii w drugiej połowie września. W pierwszej kolejności udaje się na moją nową miejscówkę w okolicach miasta Plovdiv. Dwa tysiące lat temu mieściła się tu warownia rzymska, a jeszcze wcześniej świątynia Traków. Pozostałości murów i kamiennych ścieżek, wszystko mocno zarośnięte i zapomniane. W ziemi sporo glinianych skorup. Nie wiem czy byli tu archeolodzy, ale na pewno miejsce zostało przeczesane przez miejscowych „poszukiwaczy skarbów”. W kilku miejscach są wykopane głębokie dziury i można dostrzec przekopane mogiły z widocznymi kośćmi. Dobrze, że nie miałem saperki, bo zamiast łażenia po taśmie zająłbym się kopaniem;) Przez następne dni obijam tu i przechodzę cztery nowe highliny: „Pugio”– 37m, „Gladius”– 40 m, „Spatha”– 43 m i „Centuria – 51 m. „Centuria” jest moją pierwszą „50”. Dostępuję tego zaszczytu jako trzeci Polak i teraz tak naprawdę rozumiem jak ważna jest realizacja swoich celów.


Pierwsza „50” „Koszmarka”, „Centuria” L-51 m

   Zachęcony sukcesem jadę na zeszłoroczny, bardzo eksponowany i dziewiczy 54 m projekt – „Gangrena. Rok temu nie udało mi do niego porządnie przymierzyć. Dopadł mnie zgorzel zęba.... gangrena.... Z bólu byłem bliski skoku w czeluść. Ze względu na dużą ilość sprzętu muszę go wnosić na dwa razy, co jest bardzo wyczrpujące. Realizacja całości zajmuje mi całe 3 dni. Można powiedzieć, że „Gangrena” to już highline przez duże „H”. Długi, wysoki i straszny. W jednej z prób odpadam na samym końcu, dotkliwie obijając sobie żebra i kolana. Mimo wszystko kontynuuję i projekt wreszcie pęka. To moja druga „50”.


Druga „50 ”  „Koszmarka” „Gangrena” L-54 m. Czyżby highline przez duże „H”?
***
I znowu w Teteven. Wspinam się szybko ścieżką do góry. Dookoła fioletowe dywany jesiennych zimowitów. W plecaku tylko wiertarka, wiertła, zapasowa bateria, młotek, bolty i woda. Pogoda nie lepsza niż w Polsce, tylko 8 stopni, pada i mocno wieje – przynajmniej wypróbuję mój nowy niebieski goretex. Dziś na szczęście tylko obijam. Docieram na miejsce. Szybki rekonesans i znajduję dwa nowe haje. Muszę się asekurować. Mokry wapień jest bardzo śliski. Zaczynam wiercić…pierwsza dziura, druga, trzecia… Zaczynam czwartą… upss. Koniec prądu. Bateria zapasowa okazuje się zupełnie bezużyteczna, a ładowarka 100 km stąd.. Niewiele myśląc ubieram rękawiczki, biorę wiertło i młotek. Ostatnie dwie dziury wybijam ręcznie jak za starych czasów. Drugiego haja obiję przy następnej wizycie.

Premiera z ankle leash

   Następnego dnia naciągam obitą wcześniej linię „Кърпи-кожух” (Zimowit jesienny) i szybciutko przechodzę ją w obie strony. Jest pięknie! Siadam na końcu systemu i odwiązuję lonżę. Przeszywa mnie dreszczyk emocji. Czuję się trochę nieswojo, tak jakby mi czegoś brakowało. Może solo? Patrzę w dół i wiem, że są tylko dwie opcje: 65 m lot, albo przejście. Chyba zastanawiałem się o ułamek sekundy za długo. Włącza się rozsądek i logika. Jeżeli spadnę to rodzina będzie miała spore problemy. Większość znajomych będzie się stukała w głowę i pytała dlaczego. Dla chwały, prestiżu, uznania kolegów, pieniędzy? Bez sensu. Opcja druga, bardziej prawdopodobna: przechodzę…ale co z tego? Będę miał na koncie przejście FS pewnie jako drugi Polak i wielu zagraniczniaków, a co gorsza żona będzie miała do mnie pretensję i przez najbliższy rok nie będzie się do mnie odzywać. Obie opcje są nie do przyjęcia. Wycofuję się do stanu i zawiązuję lonżę do kostki. Przechodzę bez problemu w obie strony. Nie jest to FS, ale zawsze coś nowego. Podziwiam highlinerów chodzących bez asekuracji: Janka Gałaka, Jordan Tybona, Faith Dickey czy Andy Lewisa i wielu wspinaczy, nie zapomijając oczywiście o moim klubowym koledze Wernixie. Szacun. Trzeba mieć żelazną psychę i opanowanie, by żywcować. Wiadomo: prędzej czy później może się zdarzyć potencjalnie niebezpieczna sytuacja. Osobiście nie jestem przeciwnikiem żywcowania, bo tak jak mistrzu ;) Damian Czermak uważam, że żywcowanie jest fajne, a filmiki z przejść bez asekuracji pozytywnie inspirujące. 
  Parę dni później wracam ponownie do Teteven żeby obić i przejść kolejne linie. Podczas jazdy słucham relacji „na żywo” ze skoku Felixa Baumgartnera. No cóż. Jedni skaczą z kosmosu przekraczając szybkość dźwięku a inni wałesają się po górach szukając dogodnych miejsc do chodzenia po taśmie. Trochę to absurdalne, ale pasja jest pasja.



Obijanie w deszczu highlina „Incognito"
  
 Noc spędzam w schronisku. Już zamykam oczy, gdy dzwoni telefon. Miła pani przepraszając, że dzwoni tak późno, mówi że zdobyła numer mojego telefonu od znajomych z Facebooka. Pyta czy mogłaby przeprowadzić ze mną wywiad do lokalnej bułgarskiej TV i zrobić reportaż jak chodzę po taśmie na wysokości. Nie lubię kamer, reklamy i widowni. Jąkam się nawet na pokazach przed klubowiczami. Nie zgadzam się. Może innym razem. Zresztą nie będzie jutro czasu na lansowanie. W planach mam przygotowanie i przejście dwóch linii i to nie w pobliżu auta, a w półtorej godziny drogi pod górę. W małym mieście nic się nie ukryje. Wszyscy już chyba wiedzą, że przyjechałem. Ranek. Szybka kawa i ruszam z ciężkim worem. Mam sprzęt do highlina i sprzęt do wiercenia. Żarcie ekstremalnie ograniczam jedynie do wody. Dziś ma nie padać, więc zbędne ciuchy zostają w aucie. Kamera, statyw, wszystko co za dużo waży również. Idąc spotykam stado owiec i kozy. Zachwycam się sympatycznie wyglągającą kozą, która niestety okazuję się kozłem... i rusza do ataku. Przed rogami chronię się za karimatą. Jednak działa ona na niego jak czerwona płachta na byka. W końcu daję za wygraną i zaczynam uciekać, choć z tak ciężkim plecakiem to trudne. Kozioł za mną. Nie wytrzymuję. Zwijam karimatę w rulon i ździelam natręta parę razy po pysku. Skutkuje. Wraca do stada. Po dojściu na miejsce odbijam dwa nowe highliny. Pierwszy otrzymuję nazwę „История с козела” (Przygoda z kozłem) L-20 m; H-65 m, a drugi „Инкогнито” (Incognito) L-44 m; H 75 m. Mimo wiatru szybko przechodzę krótszego i naciągam eksponowaną 44. Gdy kończę przejście zaczyna padać. Sprzęt zbieram już w totalnej ulewie przy kanonadzie piorunów, a mój nowy niebieski goretex został w samochodzie. Plecak był ciężki gdy był suchy. Teraz z mokrym sprzętem waży tonę. Po prawie dwóch godzinach szczęśliwe docieram do auta. W trakcie zejścia dzwoni do mnie zaniepokojony, niedawno poznany ratownik górski. Manio pyta się czy wszystko gra. Przemoczony i zmarznięty goszczę u niego w domu na herbatce z prądem. Jakiś czas temu zwrócił uwagę na samochód na polskich tablicach, podszedł do mnie i spytał czy to ja jestem tym gościem z Polski, który chodzi po „linie”. Widział moje filmiki na youtube i sam zaczął uprawiać slacklining. Niesamowite i miłe zarazem. Znajomość z Maniem pozwala mi poznać wszystkich ratowników górskich z regionu. Tak więc jakby coś kiedyś nie wyszło to będzie się do kogo zwrócić o pomoc.


Highline „Incognito, L-44 m

Teteven zostaje w tym roku moim ulubionym rejonem highlinowym. U góry spokój i cisza, na dole w mieście miła atmosfera i sporo znajomych. W tym roku obiłem i przeszedłem tu w sumie pięć nowych linii, a szósta jest w przygotowaniu. 


„Sirene po szopski” mniam, Teteven




***

Przed samym powrotem do kraju zahaczam jeszcze o Karlukovo, gdzie postanawiam zmierzyć się z najdłuższym i ostatnim, nie mającym jeszcze przejścia 57 m projektem „Egzystencjalne zombie”. Obijając go rok temu nawet nie marzyłem, że będę się do niego kiedyś przystawiać. Przygotowałem go dla naszego klubowego mistrza Pawła Jarosiewicza. Niestety. Latem, przy 44 stopniach, nawet Paweł wymiękł. Pięćdziesiąt siedem metrów, przerażająca ekspozycja i tabuny turystów. Z niedowierzaniem robię pierwsze próby. Przechodzę połowę i nawet nie spadam, a siadam na taśmie. Sam nie wierzę, że to przejdę. Wreszcie mobilizacja i po dramatycznej walce (6 odpadnięć na ostatnich 5 metrach) przechodzę!. Co za ulga! „Zombie” jest dla mnie zwieńczeniem dwóch lat treningów i pewnego rodzaju spełnieniem marzeń. Jego przejście zamyka pewien etap w moim slaczeniu. Dłuższe linie w przyszłości będą wymagały zmiany sprzętu i jeszcze więcej treningów. 


„Egzystencjalne zombie” L-57 m. Uwieńczenie dwóch lat treningów

Udało się i mogę z czystym sumieniem wracać do Polski. Zrealizowałem wszystkie swoje highlinowe plany i marzenia na ten moment. Jest to trochę straszne. Teraz muszę wymyślić sobie kolejny cel. Powinien być na tyle trudny, by nie padł w ciągu kilku przystawek, ale w miarę realny do zrobienia w przyszłości. Taki, który da mi chęć do regularnych treningów i zimowych przemyśleń.

***

Na początku listopada przechodzę free solo 32 m midlina. W kwesti żywcowania w pełni się podpisuję pod słowani wrocławskiego wspinacza i highlinera Damiana Czermaka: „Zrobiłem w życiu kilka dróg wspinaczkowych bez asekuracji, zawsze jednak byłem w 100% pewny przejścia, zawsze też byłem sam w skałach. Nie lubię, kiedy ktoś chodzi free solo, gdy dookoła są ludzie. I nie chodzi tu bynajmniej o popisywanie się. Jest to przejaw wielkiego egoizmu. Samo odrzucenie asekuracji jest przejawem egoizmu, ale jeśli dookoła znajdują się ludzie, skazujemy ich na to, że będą musieli zająć się tym co z nas zostanie, gdy nam się nie uda. Ta myśl zawsze była dodatkowym obciążeniem dla mojej psychiki. Oczywiście nie zakładamy, że nam się nie uda, ale mimo wszystko...” Patrząc na to z innej strony nie pozwolę na solowanie partnerowi w mojej obecności. Nie jestem przygotowy na to, że może się coś stać. W razie niepowodzenia będę musiał tłumaczyć rodzinie, znajomym i sobie dlaczego na to przystałem. A i tak poczucie winy będzie mi towarzyszyło do końca życia. Idealne solo highlinowe to – sam wnosisz sprzęt – sam motasz – sam przechodzisz. Jest to może dość radykalne podejście do sprawy i dużo osób w tej kwesti się ze mną nie zgodzi. Oczywiście inaczej ma się sprawa, gdy zespół godzi się z tym, że ktoś żywcuje, jest gotowy ponieść ewentualne konsekwencje. Tak jak np. w teamie Janek-Jordan. Jadą rozwiesić taśmę w tym samym celu – by pożywcować.
   Jestem w pełni świadom niebezpieczeństwa. Choć jest to tylko midline, upadek z 9 m może zakończyć się kalectwem lub śmiercią. Lecąc mogę trafić w pnie drzew lub upaść głową w dół. Czy jestem uzależniony od adrenaliny a przy jej braku przestawał racjonalnie myśleć? Trudno powiedzieć. W sumie nie mam problemów z „psychą”, ale przejście solo dużo mnie kosztuje. Jestem strasznie spięty, przez co technika chodzenia pozostawia wiele do życzenia. Wiem, że nie powinienem latać, a na dzień dobry zaliczam lot z łapaniem taśmy. Chwila skupienia, kolejna próba i jestem po drugiej stronie. Łydki drżą mi z wysiłku. Na przyszłość poziom adrenaliny raczej będę sobie podnosić asekurując się za nogę lub omijając przeloty w czasie wspinania.


„Cud nad Wisłą” L-36 m. Niesamowity klimat Twierdzy Modlin

Z kolei pod koniec listopada udaję nam się z Pawłem zrealizować w okolicach Twierdzy Modlin pierwszy ogólnodostępny i trzeci highline na terenie Mazowsza (pierwszy był w centrum handlowym Blue City w 2007 r., drugi między domami towarowymi Junior i Sawa w 2009 r.). Oczywiście nie liczę projektów które nie doczekały się przejścia np. 50 m haj w Gazowni na Woli. Pogoda nam dopisała, a miejscówka okazała się bardzo klimatyczna. W 1920 roku toczyły się tutaj walki polsko-bolszewickie, dlatego highlin otrzymał nazwę „Cud nad Wisłą” L-36; H-17m. Tydzeń później przechodzimy tu jeszcze jedną, tym razem 22 m linię – „Korpus Kadetów”.



„Korpus kadetów” L-22 m , Twierdza Modlin 

***

Wracając do tematu. Czy udało mi się w tym roku przejść highlina przez duże „H”? Oglądając zdjęcia z przejścia 110 m lini „Big” na taśmie poliestrowej w Austrii, z pewnością jeszcze nie. Zresztą nie mam zamiaru kończyć swojej „kariery” slacklinowej. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia i miejsc do odwiedzenia. W przyszłym sezonie chciałbym się skupić nie tyle na poprawieniu swojego wyniku, ile na poszukiwaniu jak najpiękniejszych miejsc pod haje.

Koszmarek
SlackOn!

3 lutego 2013

Highline „Most Gdański", nocna akcja


Most Gdański składa się z dwóch części: kolejowej i drogowo-tramwajowej.
Dochodzi godzina 0:00, kilkanaście minut temu przyjechał Paweł. Pakujemy sprzęt, robimy herbatę w termosie i ruszamy. Kierunek Most Gdański. Szpej ograniczyliśmy do minimum, w razie wpadki i ewentualnej konfiskaty straty będą minimalne. Dwa lata temu, rozwiesiliśmy tam taśmę, przyjechała policja i nas spisała. Panowie zagrozili mandatem 3000 zł. Myślę, że sami byliśmy sobie wtedy wini. Robiliśmy to w dzień, a dookoła było pełno ludzi. Na jednym moście, co chwilę przejeżdżał tramwaj zwalniając przy naszym haju, na drugim pociąg. Nikt z nas nie miał na koncie żadnego highlina, a ja nawet nie umiałem wstać z siadu. Wtedy szanse na przejście były nikłe."Spaliliśmy" miejscówkę, dlatego zdawałem sobie sprawę, że tym razem w razie kłopotów na święta nie będzie prezentów :P , natomiast Pawłowi groziłoby może tylko pouczenie.
  Jest zimno. Termometr w aucie pokazuje -10°C. Mimo tak późnej pory, na ulicach spory ruch. Dojeżdżamy. Upps. Przy parkingu widzę zaparkowany radiowóz. Nie skręcam. Robimy rundkę honorową i wracamy  na miejsce po 15 minutach. Jest czysto. Wchodzimy na most kolejowy. Nie jest zimno - jest potwornie zimno, silny wiatr i woda pod stopami potęguje to uczucie. Miejsce na taśmę wybieramy około 80 m dalej niż dwa lata temu, przy kolejnej wysepce i drabince prowadzącej na „rurę". Tu nas nie widać. Mija 0:40 i właśnie przejeżdża ostatni tramwaj. Biorę procę i udaję się na drugi most. Naglę gasną latarnie... kurwa... w takich ciemnościach będzie jeszcze ciężej. Już wiem, że z filmowania nici. Trudno. Zdejmuję rękawiczki i strzelam w kierunku Pawła. Pudło. I tak cztery razy. Ciężko jest trafić w ciemność dokładnie miedzy przęsła, a Paweł ma kłopoty z odnalezieniem fluorescencyjnej plecionki o grubości 0,10 mm. Niby mamy czołówki, ale ich nie używamy, by nie zwrócić na siebie uwagi. Cały trzęsę się z zimna. Słyszę szczękanie zębów Pawła z drugiego mostu. Muszę założyć rękawiczki. Przywracanie krążenia w zamarzniętych dłoniach powoduję straszny ból. Chce mi się wyć i jestem bliski rezygnacji. Dlaczego nie przyjechaliśmy tu parę tygodni temu jak było powyżej zera lub latem? Sam nie wiem, może by nie było tak „ciekawie". Ostatnia próba. Strzelam i tym razem trafiam. Paweł przywiązuje taśmę z zatejpowaną liną, którą wyciągam, robię stan i wracam na drugi most. Szybciutko naciągamy system i uciekamy do auta. Na odpalonym silniku, przy gorącej herbatce, spędzamy następne 30 min grzejąc zmarznięte nogi i ręce. Wracamy na most. Atakuję pierwszy. Taśma pokryta szronem nieprzyjemnie chrupie przy stąpaniu. Kilka metrów przed końcem, nie widać ani jej ani stanu, jest tylko zimna i gęsta ciemność. Spadam. Trudno, przynajmniej trochę się rozgrzałem. Kolejna próba kończy się sukcesem. W drugą stronę jest mi już znacznie łatwiej. Kolej na Pawła. Po raz pierwszy widzę, by tak często odstawiał nogi jednak udaje mu się. Zalicza OS FM. Brawo. W sumie ten haj to nic wielkiego 22m/15m, ale w tych warunkach to „mistrzostwo świata" ;) Szkoda, że nie będziemy mieli żadnych pamiątek w postaci fotek czy filmu, ale na pewno zostanie on w mojej pamięci. Wracamy do domu. Jest już po 4, ruszają pierwsze tramwaje. Żona i córka na nas czekają. Leżą w łóżkach w ubraniach, tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było jechać na komendę lub most. Kładę się, ale nie mogę zasnąć z emocji. Co za szalona akcja.



Tu sprawozdanie filmowe. Wiele tego nie ma z powodu zimna, braku światła i operatora.

1 lutego 2013

„Banan” za 55 złotych (tekst z mojego FB marzec 2012)


Ten banan jest zrobiony na wzór starszej niedostępnej już wersji niemieckiego lineLock-a. Wybrałem ten model ze względu na bardzo fajną możliwość luzowania śruby co pozwala na szybkie i łatwe wkładanie lub wyjmowanie taśmy, no i oczywiście na niewielkie rozmiary i świetny wygląd. 



Mój pierwszy banan sprzed 2 lat jest ogromny i waży ponad 870g. Przez jakiś czas zastanawiałem się czy nie zrobić nowego z mocnego stopu aluminium AW-7075, ale od razu mi się przypomniał przelatujący koło mojej głowy aluminiowy karabinek, który na skutek zmęczenia materiału wystrzelił z 25m slacka na początku mojej przygody z tym sportem. Stal jest znacznie odporniejsza na zmęczenie, mniej się niszczy, ale niestety więcej waży. Zaznaczam, że nie posiadam jakiś zdolności manualnych i super narzędzi. Również nie mam żadnych układów w firmach i sklepach tak więc podane ceny, to ceny detaliczne dla człowieka z ulicy i to w dużym mieście. Oczywiście nie można się dać nabić w butelkę. Boczki bananów wycięte zostały w Lublinie, o zrobieniu tam tulejek zapomniałem… Podjechałem do warszawskiej firmy z pytaniem o przygotowanie dystansów aluminiowych i usłyszałem 20 zł + vat za sztukę i to jeśli dostarczę swój materiał. – Kurwa, czy ja buduję prom kosmiczny… Tak więc tulejki postanowiłem zrobić sam. Jeżeli macie znajomych pracujących przy obróbce metalu myślę, że można sporo zaoszczędzić, a przycinanie śrub i tuleje zrobić o wiele precyzyjniej niż w kuchennym warsztacie.



Musimy narysować boczki naszego banana w programie do grafiki wektorowej, a ostateczną wersję zapisać jako plik corela .cdr lub AutoCAD-a .dwg Pliczek z takim rozszerzeniem wysyłamy do firmy zajmującej się precyzyjnym cięciem wodą metali, tworzyw, ceramiki oraz innych materiałów. Polecam narysować najpierw jeden element dopracować go i następnie powielić nad pierwszym bez przesuwania, dorysować różnice i dopiero przesunąć na bok. Unikniemy w ten sposób niedopasowania elementów i poprawiania czegoś na obu wykresach.
Nie musimy mieć dokładnej kopi, tak więc jako podstawa w zupełności nam wystarczy fotka oryginału ze strony www i przykładowe wymiary podane przez producenta. Rysunek robimy najlepiej w programie do grafiki wektorowej, tak jest najszybciej. Wrzucamy fotkę naszego banana jako tło, powiększamy do odpowiedniego rozmiaru i na nim tworzymy krzywą z punktów kontrolnych, a dzięki punktom kierunkowym uzyskujemy krzywizny. Do narysowania obwodu tego banana wystarczy 6 punktów i 15 min roboty. 
PS. Jeżeli nie czujemy się dobrze w illustratorze, można też na około przez photoshopa. Wtedy w ilustratorze jedynie kasujemy zbędne punkty, ale trwa to znacznie dłużej i jest mniej dokładne.

1. Otwieramy obrazek z naszym bananem w photoshopie i skalujemy mniej więcej do naturalnego rozmiaru. 
2. Czyścimy tło, zbędne elementy i wycinamy dziury zamiast śrub. Ma zostać tylko jeden boczek z dziurami. Dziury tylko orientacyjnie, aby potem w illustratorze wiedzieć gdzie są.
3. Na warstwie pod bananem dajemy jakieś mocne tło np. czerwone.
4. Klikamy na warstwie banana na to tło i dajemy selekcję koloru (Color Rang). Zaznacza nam się całe tło wokół banana i w dziurach.
5. Następnie robimy "zaznacz odwrotnie" (Select Inverse). Tym samym mamy zaznaczonego naszego banana.
4. Na podstawie selekcji zakładamy ścieżkę do banana -> Make work path i potem Save path.
5. Ścieżkę eksportujemy do Ilustratora (Export paths to illustrator), gdzie ją ładnie wygładzamy, dajemy ostateczny rozmiar, dorysowujemy dziury na śruby i wszystkie inne elementy. Czym mniej punktów tym lepiej.



Cięcie wodą jest dość precyzyjne. Otrzymanie boczki nie wymagają żadnych poprawek. Koszt wycięcia i materiału jednego boczku ze stali kwasoodpornej (A4) o grubości 6mm wyniósł 20zł w Lublinie (ze stali nierdzewnej A2 ok. 40 % taniej).




Następnie udajemy się do sklepu specjalizującego się w sprzedaży śrub. Nie polecam sklepów typu: Castorama, OBI, Praktiker i Leroy Merlin itp.



Jeżeli chcemy oszczędzić kupujemy śruby ocynkowane klasy wytrzymałości 8.8 lub wyższej.
Ja polecam raczej te ze stali nierdzewnej (A2) lub kwasoodpornej (A4) klasy wytrzymałości 70 lub wyższej.
W przypadku tego konkretnego banana kupiłem śruby M10x70mm ze stali A2 z gniazdem imbusowym klasy 70. Ważne aby gwint nie był na całej długości śruby.
Kupiłem też nakrętki samohamowne wysokie i podkładki – również ze stali A2
Śruby ze stali nierdzewnej są dość drogie. Koszt jednej śruby to - 3,4 zł/sz, nakrętki 0,79 gr, podkładki 30gr. Czyli na banana 13,47 zł. (Oczywiście wszystko kupujemy na wagę tak więc ceny są orientacyjne)



Śruby skracamy, w konkretnym przypadku środkową do ok.61mm, boczne do ok. 59 mm długości.



Końcówki warto wyszlifować, aby nie było ostrych krawędzi.




Boczki naszego banana przecieramy drobnoziarnistym papierem ściernym i stępiamy ostre krawędzie, aby nie uszkodziły taśmy. Więcej czasu poświęćmy na te wewnętrzne i przy pierwszej dziurze (z ruchomą śrubą).



Do produkcji tulejek będzie nam potrzebny wałek z duraluminium fi 22mm. W sklepie 50cm kosztuje ok. 10zł (kupuje się to na wagę 1kg -23zł), czyli za tuleję 26mm - 1,9zł. Jest to stop aluminium AW-2017A (PA6) charakteryzujący się dobrymi własnościami wytrzymałościowymi, wysoką wytrzymałością na rozciąganie, bardzo dobrą wytrzymałością zmęczeniową. Wykorzystywane jest w lotnictwie, pojazdach mechanicznych i konstrukcjach budowlanych.



Warto się spytać w firmie gdzie wycinaliśmy boczki czy przypadkiem nie wykonali, by nam tulejek - będzie precyzyjniej i oszczędzi nam sporo pracy.



Myślałem, że najtrudniejsze w domowych warunkach przy braku odpowiednich narzędzi będzie wycinanie wałeczków, a nie wiercenie dziur.
Poszło mi w miarę sprawnie, mimo że taką małą szlifierką musiałem każdy wałeczek ciąć na 3 razy.



Jest to chyba najtrudniejszy etap z całej produkcji - wywiercenie dziury dokładnie w środku.




Na szczęście przygotowałem sobie więcej wałeczków i w paru mi się to udało. Uwaga aluminium przy cięciu i wierceniu strasznie się nagrzewa nie poparzcie się - używajcie rękawic i okularów. (Koszt wykonania jednej tulei u tokarza to ok. 5-6 zł) 


Mimo, że mam możliwość przetestowanie tego banana na zrywarce u koleżanki w BG, nie będę tego robił. Użyte materiały są takie same jak w wersji niemieckiej lub nawet lepsze (boczki są ze stali A4, która jest wytrzymalsza od stali A2). Przyjmuję maksymalne obciążenie robocze takie samo jak w oryginale. Czyli 15kN ze współczynnikiem bezpieczeństwa 3:1. Zresztą zrobiłem to na własny użytek i jeżeli zajdzie potrzeba użycia czegoś mocniejszego to skorzystam z naszego pierwszego banana który jest na śrubach 12mm.


Może nie jest rewelacyjnie, ale dwa banany ważą mniej niż jeden stary Choć najnowsza wersja lineLocka VA MKII to tylko 330g, stara 420g. 
A te 9 gram różnicy ze starą niemiecką wersją to śruby z grubszymi łepkami i minimalnie większa konstrukcja 102mm vs. 105mm.

Kolejna ostatnia już wersje bananów ze stali (grudzień 2014). Następne będą już tytanowo-aluminiowe ;) Tym razem boczki o grubości 4 mm ze stali nierdzewnej 304, śruby imbusowe M10 z obniżonym łbem walcowym - stal nierdzewna A2. Rolka aluminiowa fi 22 mm, choć przy taśmach o grubości nieprzekraczającej 3 mm można użyć rolki fi 25 mm. Waga 310 g. Będą to moje higlinowe banany, więc nie zdecydowałem się na cieńsze 3 mm ścianki czy też automatyczny przedni pin, który jednak nie jest integralną częścią banana i można go zgubić. Dla zbicia wagi można by usunąć tylną śrubę (zysk ok. 42 g) i zagiąć boczki, ale do zwalniania hajów ostatnio używam „soft release” więc wygodniej jest mi to robić z tylnego pinu.  Koszt poniżej 40 zł i to tylko przy 8 sztukach!





Koszmarek

6 stycznia 2013

Jak to się wszystko zaczęło

Highlife po czterdziestce

Koszmarek. Cóż... ksywka nie została wymyślona przypadkiem ;) Polak, który pozostawił swoje serce w Bułgarii już za czasów studenckich. Oddał się wspinaczce górskiej i skałkowej. Amator fotografii i ostrych papryk. Alpinista, grotołaz, rowerzysta i czywiście taśmo maniak.
Pierwszego slacka pokazał mi nasz klubowy kolega Wernix po powrocie z Patagonii. Nie udało mi się wtedy zrobić nawet dwóch kroków, ale nie zniechęciło mnie to, a wręcz odwrotnie. Nie dałem za wygraną i szybko skompletowałem swój własny slacklinowy zestaw. Po paru sesjach treningowych wreszcie osiągnąłem progress. Żona stwierdziła, że to niezły pilates (cokolwiek, by to znaczyło), a dla mnie był to zwyczajnie fajny dodatek do wspinania. Po jakimś czasie trafiłem na filmik z Dean Potterem chodzącym bez asekuracji po taśmie na wysokości 880 m w Yosemitach i film „The Line” z wrocławskim highlinerem Janem Gałkiem. Stwierdziłem – trudno, z czterdziestką na karku raczej mistrzem już nie zostanę, ale spróbować nigdy nie zaszkodzi. Trickline jakoś nigdy mnie nie kręcił, zaś longliny po jakimś czasie stały się po prostu nudne, no i wymagły sporej inwestycji w sprzęt, by można było naciągać coraz to dłuższe i dłuższe taśmy. A high­liny mają w sobie to „COŚ”, co kocham najbardziej we wspinaniu.


Koszmarek na „Schweppesie”, Karlukovo
Powiecie, że, co to za problem jeśli w parku na Obozowej chodzę po 110 m taśmie, to nie poradzę sobie z 30 metrową na wysokości? W końcu wspinam się już 25 lat i 40 metrowa przepaść nie robi na mnie wrażenia... I dokładnie tak samo myślałem sobie wbijając bolty pod mojego pierwszego highlina. Jak ogromne było moje zdziwienie gdy po zawiązaniu się do lonży i usiądnięciu na taśmie organizm odmówił współpracy. Nogi i zadek zrobiły się z ołowiu. Wszystko mi dygotało, nie mogłem nawet wstać, nie mówiąc już o chodzeniu. Przez głowę przemknęła mi straszna myśl: „Koszmar chyba się do tego nie nadajesz...” Mimo wielu prób musiałem dać za wygraną. 
Jednak porażki muszą być. Zmuszają nas do intensywniejszej pracy i właśnie dzięki nim nie spoczywamy na laurach, a rozwijamy się dalej i spełniają się nasze marzenia. 
Przełomem dla mnie był koniec roku 2010 kiedy udało mi się pokonać w samotności mojego pierwszego „prawdziwego” 24 m highlina „Saturn 10” w Bułgarii. Takiego uczucia radości i satysfakcji jak tam, doświadczyłem jedynie w górach po zrobieniu jakiejś drogi „z przygodami” na granicy swoich psychofizycznych możliwości. Uczucie to zostaje na całe życie. 


Mój pierwszy highline „Saturn 10”

W międzyczasie trenując, w parku na taśmie, poznałem młodego Pawła J.(UKA), który jak ja pasję wspinaczkową połączył z zamiłowanie do slacklina. W roku 2011udało nam się zrealizować dwa wyjazdy do Bułgarii: pierwszy na majówkę – wspinaczkowo-slackowy i drugi już typowo highlinowy (Paweł miał kontuzję ścięgna przez, co nie mógł się wspinać) w sierpniu.


Przejdźmy do rzeczy.

...Nareszcie wolne. Pakuję do auta cały szpej wspinaczkowy i dwa wielkie wory ze sprzętem do slacka (w tym wiertarkę i 60 boltów). Paweł doleci za kilka dni samolotem. Ruszam i po 20 godzinach jazdy non-stop, pomijając oczywiście czterogodzinne stanie na granicy Serbsko-Bułgarskiej, jestem na miejscu. 


Niesamowita jaskinia Devetaszka
Jak miło nie mieć przed oczami nudnego, płaskiego, krajobrazu Mazowsza. :) Po regeneracji sił i odwiedzeniu wszystkich znajomych zaczynam szukać miejsca na nowego highlina. Mój wybór pada na jaskinię Devetaską. Ogromna grota z ośmioma dziurami w suficie o średnicy od 30 m do 80 m na wysokości  do 60 m. Fenomenalne miejsce na haja (niestety ze względu na nietoperze zabroniona jest jakakolwiek działalność eksploratorska w okolicy). Trudno, one też mają prawo do spokoju. Udaję się więc do innej równie wielkiej jaskini 
„Prochodna” w miejscowości Karlukowo. Znajdują się tam 72 drogi wspinaczkowe z tego aż 55 powyżej 6c w tym jedenaście od 8a+ do 8b+ i pięć nad 8c. Miejsce to idealnie nadaje się do wspinania w gorące letnie dni i w czasie deszczu. Dobrze jest mieć ze sobą 70 m linę. Spać można spokojnie w namiotach na polanie przed wejściem. Jest też bieżąca woda, która ma dość dziwny smak, ale problemów żołądkowych nigdy po niej nie mieliśmy.
„Oczy Boga” w jaskini Prohodna

 Po oględzinach obijam nowego highlina „Schweppes” o długości 29.5 m. Pogoda zupełnie jak nie w maju – zimno i leje. Wreszcie dolatuje Paweł i od razu wracamy do Karlukova zmierzyć się ze „Schweppesem”. W sumie ma tylko 46 m wysokości, ale ogromna czeluść tej groty potęguje doznania przestrzenne. Są święta wielkanocne i ilość turystów, wspinaczy oraz skaczących na bungee jest przerażająca. Mam wrażenie, że cała Bułgaria przyjechała nas ogladać, a to dopiero mój drugi „prawdziwy” highline, natomiast Pawła pierwszy.


Koszmar na „Schweppesie”, Karlukovo


Paweł robi trickasa na „Schweppesie”, a to jego pierwszy haj w życiu ;)

Niestety przechodząc taśme nie potrafię się wyłączyć na otaczający świat i rozprasza mnie nawet dźwięk latającego gdzieś obok komara. Tutaj zupełnie nie możemy się skupić. Trzy, cztery kroki i lot. Przynajmniej przetestujemy solidność stanowisk. Trudność też zwiększają 2,5 m taśmy stanowiskowe – wszystko jest bardziej chwiejne. Jednak nie poddajemy się, walczymy... przy oklaskach widowni i krzykach lecących na bungee, w którejś próbie udaje nam się przejść. Uf! Co za koszmar, ale za to jaka ogromna satysfakcja. Następnego dnia już bez widzów przechodzimy go jeszcze parę razy i w ramach restu udajemy się na Vratzę – mojej wspinaczkowej mekki. 

Vraca

Jest tu ponad 400 dróg od 20 m do 430 m o trudności 4–8c. Wspinamy się parę dni na miejscowych klasykach. Jest pięknie. Śpimy na kwaterze w we wsi Zgorigrad u pani Kristiny. Niestety tą słodką idyllę przerywa totalne załamanie pogody. W poszukiwaniu suchej skały udajemy się na południe w okolice miasta Płowdiw. W skałach zwanych „Bryanovshtitsa” naciągamy highlina „Saturna 10” i do znudzenia po nim łazimy. A jeszcze parę miesięcy temu nie byłem wstanie się na nim wyprostować. Następnego dnia rest czyli wspin. Uderzamy drogą którą robiłem 23 lata temu. To tylko VI+ więc biorę tylko parę ekspresów. Kości i friendy zostają na ziemi. Pierwszy wyciąg, drugi… 
– Kurwa czy ktoś tu w ogóle chodził przez te 20 lat? Jakaś rzadka i zardzewiała ta asekuracja, a w dodatku zaczyna padać. 
– Wycofać się? – Napierać? Przecież nie będę sobie robił obciachu przed Pawłem, na szóstkowej drodze. 
– Napieram. Wreszcie stan, ale tak jakby go nie było – dwa stare, pamiętające pewnie lata 50 „klincole” luźno siędzące w poziomej rysie. W życiu nie odważyłbym się ich obciążyć. Z nieba leje się woda. Ściągam Pawła i z duszą na ramieniu idę dalej. Wirtualna asekuracja, mokro... Nie wspinam się, a skradam by przypadkiem się nie poślizgnąć. Jeśli zlecę to pociągnę za sobą partnera. Po prostu koszmar! Z ogromną ulgą kończę wyciąg i drogę. Przyrzekam sobie w duchu, że już zawsze będę brał ze sobą przynajmniej komplet kości niezależnie od trudności drogi…


Cień Pawła w natarciu, skały Bryanovshtitscy



Lato

Pojawiam się ponownie w BG w połowie lipca. W oczekiwaniu na Pawła przygotowuję i przechodzę dwa nowe highliny nad Morzem Czarnym – „Horizont” (18 m) i „Bastet” (31 m), cztery w okolicy Płowdiw „Skilas” (25 m), „Berenika” (27 m), „Wologes” (40 m) i „Kale” (27 m) oraz w Karlukowie obijam „Egzystencjalne zombie” (57 m). Oczywiście przygotowanie każdego z nich zajęło mi kilka dni. Trzeba znaleźć miejsce, dojść i wnieść cały sprzęt. Szczególnie we znaki dało mi się „Kale”, które robiłem w 40 stopniowym upale i „Bastet” gdzie do upału doszło jeszcze noszenie sprzętu przez wodę i strasznie krucha skała, która pod obciążeniem wypluwała z takim mozołem wbijane wcześniej wernikowe bolty.


Highline „Bastet”, Sinemorec  piękne miejsce, niestety strasznie krucha skała
Moski highline „Horizont”, Sinemorec
Paweł tym razem przyjeżdża autobusem. Mimo 30 godzinnej podróży jest tak spragniony taśmy, że jeszcze tego samego wieczoru rozciągamy 84 m, a następnego ranka 113 m longa, którego on sieka OS. Po prostu zombie. Następnie czym prędzej udajemy się do Karlukowa, gdzie wspólnie obijamy kolejnego nowego haja „Bate Meczo” (40 m), którego Paweł przechodzi bez większych problemów.


„Nostress”, Paweł odpoczywa :) na „Bate Meczo”
Krótki odpoczynek w Sofii i ruszamy na południe w góry Rodopy. Udajemy się w okolice trackiej świątyni boga Sabazjosa znajdującej się na skale zwanej Belantasz (położonej w kraterze wygasłego wulkanu), o którą w 15 r. p.n.e. kapłan i przywódca trackiego plemienia bessów – Wologes, wzniecił powstanie przeciwko Rzymowi. Miejsce jest magiczne i trudno dostępne. Słynna, bułgarska jasnowidz Baba Wanga przepowiedziała, że jest tu ukryty ogromy skarb: szczerozłoty  rydwan Aleksandra Wielkiego oraz kilkaset kilogramów złota i srebra.


Hajduszki Kamak, jedno z wielu magicznych miejsc w Rodopach w pobliżu trackiej świątyni Belantasz
Po kilku godzinach marszu docieramy na miejsce i naciągamy „Wologesa” (40m), którego Paweł przechodzi OS. Następnie szukamy czegoś nowego. Powstaje niedostępna „Eurydyka” – 34 m. Aby dostać do jednego ze stanów trzeba przewspinać się bardzo ciasnym przeryso-kominem, a do drugiego zjechać około 15 m. W tym roku powstało w rejonie kilkanaście dróg wspinaczkowych, niestety nie ma na razie żadnej informacji ile i o jakiej skali trudności. 


Mierzenie i wiercenie dziur pod bolty na „Vologesie”

No i sam „Vologes”
Po paru dniach odpoczynku udajemy się na naszą kolejną miejscówkę Kale (co z języka tureckiego oznacza twierdzę), niedaleko miasta Płowdiw, gdzie mieściła się kiedyś rzymska warownia. Tu napinamy i przechodzimy highlina o tej samej nazwie i w następnych paru dniach obijamy kolejne dwa „Kovarniat” (38,4 m), którego przechodzimy (Paweł jak zwykle OS) i „Gangrena” (54 m). Z powodu narastającego bólu zęba do „Gangreny” przystawiam się już bez większego entuzjazmu. Bardziej chce mi się wyć z bólu niż slaczyć. Jeszcze trochę i rzucę się w przepaść. 


Paweł na „Kovarnym”
Paweł prawie przechodzi... Niestety ból zęba staje się nie do wytrzymania i musimy czym prędzej się ewakuować. Kilkanaście wizyt u dentysty oraz ból kręgosłupa kończy moją letnią przygodę z highlinem. Udaje nam się na pożegnanie naciągnąć i przejść 124 m longa w Sofii, a Pawłowi na dowidzenia pomęczyć się na „Egzystencjalnym zobmbie” w Karlukowie.
Plany na ten rok mamy spore – przejść to, co nam się nieudało, obić parę nowych miejsc, które wypatrzyliśmy, ale nie starczyło już czasu oraz znaleźć coś nowego, możliwie wśród równie piękniej scenerii przyrody jak dotychczasowe high­liny. Oczywiście w dni restowe od slakowania zamierzamy trochę się powspinać i czerpać jak najwięcej przyjemności z przebywania w górach.



Koszmarek
SlackOn!