3 lutego 2013

Highline „Most Gdański", nocna akcja


Most Gdański składa się z dwóch części: kolejowej i drogowo-tramwajowej.
Dochodzi godzina 0:00, kilkanaście minut temu przyjechał Paweł. Pakujemy sprzęt, robimy herbatę w termosie i ruszamy. Kierunek Most Gdański. Szpej ograniczyliśmy do minimum, w razie wpadki i ewentualnej konfiskaty straty będą minimalne. Dwa lata temu, rozwiesiliśmy tam taśmę, przyjechała policja i nas spisała. Panowie zagrozili mandatem 3000 zł. Myślę, że sami byliśmy sobie wtedy wini. Robiliśmy to w dzień, a dookoła było pełno ludzi. Na jednym moście, co chwilę przejeżdżał tramwaj zwalniając przy naszym haju, na drugim pociąg. Nikt z nas nie miał na koncie żadnego highlina, a ja nawet nie umiałem wstać z siadu. Wtedy szanse na przejście były nikłe."Spaliliśmy" miejscówkę, dlatego zdawałem sobie sprawę, że tym razem w razie kłopotów na święta nie będzie prezentów :P , natomiast Pawłowi groziłoby może tylko pouczenie.
  Jest zimno. Termometr w aucie pokazuje -10°C. Mimo tak późnej pory, na ulicach spory ruch. Dojeżdżamy. Upps. Przy parkingu widzę zaparkowany radiowóz. Nie skręcam. Robimy rundkę honorową i wracamy  na miejsce po 15 minutach. Jest czysto. Wchodzimy na most kolejowy. Nie jest zimno - jest potwornie zimno, silny wiatr i woda pod stopami potęguje to uczucie. Miejsce na taśmę wybieramy około 80 m dalej niż dwa lata temu, przy kolejnej wysepce i drabince prowadzącej na „rurę". Tu nas nie widać. Mija 0:40 i właśnie przejeżdża ostatni tramwaj. Biorę procę i udaję się na drugi most. Naglę gasną latarnie... kurwa... w takich ciemnościach będzie jeszcze ciężej. Już wiem, że z filmowania nici. Trudno. Zdejmuję rękawiczki i strzelam w kierunku Pawła. Pudło. I tak cztery razy. Ciężko jest trafić w ciemność dokładnie miedzy przęsła, a Paweł ma kłopoty z odnalezieniem fluorescencyjnej plecionki o grubości 0,10 mm. Niby mamy czołówki, ale ich nie używamy, by nie zwrócić na siebie uwagi. Cały trzęsę się z zimna. Słyszę szczękanie zębów Pawła z drugiego mostu. Muszę założyć rękawiczki. Przywracanie krążenia w zamarzniętych dłoniach powoduję straszny ból. Chce mi się wyć i jestem bliski rezygnacji. Dlaczego nie przyjechaliśmy tu parę tygodni temu jak było powyżej zera lub latem? Sam nie wiem, może by nie było tak „ciekawie". Ostatnia próba. Strzelam i tym razem trafiam. Paweł przywiązuje taśmę z zatejpowaną liną, którą wyciągam, robię stan i wracam na drugi most. Szybciutko naciągamy system i uciekamy do auta. Na odpalonym silniku, przy gorącej herbatce, spędzamy następne 30 min grzejąc zmarznięte nogi i ręce. Wracamy na most. Atakuję pierwszy. Taśma pokryta szronem nieprzyjemnie chrupie przy stąpaniu. Kilka metrów przed końcem, nie widać ani jej ani stanu, jest tylko zimna i gęsta ciemność. Spadam. Trudno, przynajmniej trochę się rozgrzałem. Kolejna próba kończy się sukcesem. W drugą stronę jest mi już znacznie łatwiej. Kolej na Pawła. Po raz pierwszy widzę, by tak często odstawiał nogi jednak udaje mu się. Zalicza OS FM. Brawo. W sumie ten haj to nic wielkiego 22m/15m, ale w tych warunkach to „mistrzostwo świata" ;) Szkoda, że nie będziemy mieli żadnych pamiątek w postaci fotek czy filmu, ale na pewno zostanie on w mojej pamięci. Wracamy do domu. Jest już po 4, ruszają pierwsze tramwaje. Żona i córka na nas czekają. Leżą w łóżkach w ubraniach, tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było jechać na komendę lub most. Kładę się, ale nie mogę zasnąć z emocji. Co za szalona akcja.



Tu sprawozdanie filmowe. Wiele tego nie ma z powodu zimna, braku światła i operatora.

1 lutego 2013

„Banan” za 55 złotych (tekst z mojego FB marzec 2012)


Ten banan jest zrobiony na wzór starszej niedostępnej już wersji niemieckiego lineLock-a. Wybrałem ten model ze względu na bardzo fajną możliwość luzowania śruby co pozwala na szybkie i łatwe wkładanie lub wyjmowanie taśmy, no i oczywiście na niewielkie rozmiary i świetny wygląd. 



Mój pierwszy banan sprzed 2 lat jest ogromny i waży ponad 870g. Przez jakiś czas zastanawiałem się czy nie zrobić nowego z mocnego stopu aluminium AW-7075, ale od razu mi się przypomniał przelatujący koło mojej głowy aluminiowy karabinek, który na skutek zmęczenia materiału wystrzelił z 25m slacka na początku mojej przygody z tym sportem. Stal jest znacznie odporniejsza na zmęczenie, mniej się niszczy, ale niestety więcej waży. Zaznaczam, że nie posiadam jakiś zdolności manualnych i super narzędzi. Również nie mam żadnych układów w firmach i sklepach tak więc podane ceny, to ceny detaliczne dla człowieka z ulicy i to w dużym mieście. Oczywiście nie można się dać nabić w butelkę. Boczki bananów wycięte zostały w Lublinie, o zrobieniu tam tulejek zapomniałem… Podjechałem do warszawskiej firmy z pytaniem o przygotowanie dystansów aluminiowych i usłyszałem 20 zł + vat za sztukę i to jeśli dostarczę swój materiał. – Kurwa, czy ja buduję prom kosmiczny… Tak więc tulejki postanowiłem zrobić sam. Jeżeli macie znajomych pracujących przy obróbce metalu myślę, że można sporo zaoszczędzić, a przycinanie śrub i tuleje zrobić o wiele precyzyjniej niż w kuchennym warsztacie.



Musimy narysować boczki naszego banana w programie do grafiki wektorowej, a ostateczną wersję zapisać jako plik corela .cdr lub AutoCAD-a .dwg Pliczek z takim rozszerzeniem wysyłamy do firmy zajmującej się precyzyjnym cięciem wodą metali, tworzyw, ceramiki oraz innych materiałów. Polecam narysować najpierw jeden element dopracować go i następnie powielić nad pierwszym bez przesuwania, dorysować różnice i dopiero przesunąć na bok. Unikniemy w ten sposób niedopasowania elementów i poprawiania czegoś na obu wykresach.
Nie musimy mieć dokładnej kopi, tak więc jako podstawa w zupełności nam wystarczy fotka oryginału ze strony www i przykładowe wymiary podane przez producenta. Rysunek robimy najlepiej w programie do grafiki wektorowej, tak jest najszybciej. Wrzucamy fotkę naszego banana jako tło, powiększamy do odpowiedniego rozmiaru i na nim tworzymy krzywą z punktów kontrolnych, a dzięki punktom kierunkowym uzyskujemy krzywizny. Do narysowania obwodu tego banana wystarczy 6 punktów i 15 min roboty. 
PS. Jeżeli nie czujemy się dobrze w illustratorze, można też na około przez photoshopa. Wtedy w ilustratorze jedynie kasujemy zbędne punkty, ale trwa to znacznie dłużej i jest mniej dokładne.

1. Otwieramy obrazek z naszym bananem w photoshopie i skalujemy mniej więcej do naturalnego rozmiaru. 
2. Czyścimy tło, zbędne elementy i wycinamy dziury zamiast śrub. Ma zostać tylko jeden boczek z dziurami. Dziury tylko orientacyjnie, aby potem w illustratorze wiedzieć gdzie są.
3. Na warstwie pod bananem dajemy jakieś mocne tło np. czerwone.
4. Klikamy na warstwie banana na to tło i dajemy selekcję koloru (Color Rang). Zaznacza nam się całe tło wokół banana i w dziurach.
5. Następnie robimy "zaznacz odwrotnie" (Select Inverse). Tym samym mamy zaznaczonego naszego banana.
4. Na podstawie selekcji zakładamy ścieżkę do banana -> Make work path i potem Save path.
5. Ścieżkę eksportujemy do Ilustratora (Export paths to illustrator), gdzie ją ładnie wygładzamy, dajemy ostateczny rozmiar, dorysowujemy dziury na śruby i wszystkie inne elementy. Czym mniej punktów tym lepiej.



Cięcie wodą jest dość precyzyjne. Otrzymanie boczki nie wymagają żadnych poprawek. Koszt wycięcia i materiału jednego boczku ze stali kwasoodpornej (A4) o grubości 6mm wyniósł 20zł w Lublinie (ze stali nierdzewnej A2 ok. 40 % taniej).




Następnie udajemy się do sklepu specjalizującego się w sprzedaży śrub. Nie polecam sklepów typu: Castorama, OBI, Praktiker i Leroy Merlin itp.



Jeżeli chcemy oszczędzić kupujemy śruby ocynkowane klasy wytrzymałości 8.8 lub wyższej.
Ja polecam raczej te ze stali nierdzewnej (A2) lub kwasoodpornej (A4) klasy wytrzymałości 70 lub wyższej.
W przypadku tego konkretnego banana kupiłem śruby M10x70mm ze stali A2 z gniazdem imbusowym klasy 70. Ważne aby gwint nie był na całej długości śruby.
Kupiłem też nakrętki samohamowne wysokie i podkładki – również ze stali A2
Śruby ze stali nierdzewnej są dość drogie. Koszt jednej śruby to - 3,4 zł/sz, nakrętki 0,79 gr, podkładki 30gr. Czyli na banana 13,47 zł. (Oczywiście wszystko kupujemy na wagę tak więc ceny są orientacyjne)



Śruby skracamy, w konkretnym przypadku środkową do ok.61mm, boczne do ok. 59 mm długości.



Końcówki warto wyszlifować, aby nie było ostrych krawędzi.




Boczki naszego banana przecieramy drobnoziarnistym papierem ściernym i stępiamy ostre krawędzie, aby nie uszkodziły taśmy. Więcej czasu poświęćmy na te wewnętrzne i przy pierwszej dziurze (z ruchomą śrubą).



Do produkcji tulejek będzie nam potrzebny wałek z duraluminium fi 22mm. W sklepie 50cm kosztuje ok. 10zł (kupuje się to na wagę 1kg -23zł), czyli za tuleję 26mm - 1,9zł. Jest to stop aluminium AW-2017A (PA6) charakteryzujący się dobrymi własnościami wytrzymałościowymi, wysoką wytrzymałością na rozciąganie, bardzo dobrą wytrzymałością zmęczeniową. Wykorzystywane jest w lotnictwie, pojazdach mechanicznych i konstrukcjach budowlanych.



Warto się spytać w firmie gdzie wycinaliśmy boczki czy przypadkiem nie wykonali, by nam tulejek - będzie precyzyjniej i oszczędzi nam sporo pracy.



Myślałem, że najtrudniejsze w domowych warunkach przy braku odpowiednich narzędzi będzie wycinanie wałeczków, a nie wiercenie dziur.
Poszło mi w miarę sprawnie, mimo że taką małą szlifierką musiałem każdy wałeczek ciąć na 3 razy.



Jest to chyba najtrudniejszy etap z całej produkcji - wywiercenie dziury dokładnie w środku.




Na szczęście przygotowałem sobie więcej wałeczków i w paru mi się to udało. Uwaga aluminium przy cięciu i wierceniu strasznie się nagrzewa nie poparzcie się - używajcie rękawic i okularów. (Koszt wykonania jednej tulei u tokarza to ok. 5-6 zł) 


Mimo, że mam możliwość przetestowanie tego banana na zrywarce u koleżanki w BG, nie będę tego robił. Użyte materiały są takie same jak w wersji niemieckiej lub nawet lepsze (boczki są ze stali A4, która jest wytrzymalsza od stali A2). Przyjmuję maksymalne obciążenie robocze takie samo jak w oryginale. Czyli 15kN ze współczynnikiem bezpieczeństwa 3:1. Zresztą zrobiłem to na własny użytek i jeżeli zajdzie potrzeba użycia czegoś mocniejszego to skorzystam z naszego pierwszego banana który jest na śrubach 12mm.


Może nie jest rewelacyjnie, ale dwa banany ważą mniej niż jeden stary Choć najnowsza wersja lineLocka VA MKII to tylko 330g, stara 420g. 
A te 9 gram różnicy ze starą niemiecką wersją to śruby z grubszymi łepkami i minimalnie większa konstrukcja 102mm vs. 105mm.

Kolejna ostatnia już wersje bananów ze stali (grudzień 2014). Następne będą już tytanowo-aluminiowe ;) Tym razem boczki o grubości 4 mm ze stali nierdzewnej 304, śruby imbusowe M10 z obniżonym łbem walcowym - stal nierdzewna A2. Rolka aluminiowa fi 22 mm, choć przy taśmach o grubości nieprzekraczającej 3 mm można użyć rolki fi 25 mm. Waga 310 g. Będą to moje higlinowe banany, więc nie zdecydowałem się na cieńsze 3 mm ścianki czy też automatyczny przedni pin, który jednak nie jest integralną częścią banana i można go zgubić. Dla zbicia wagi można by usunąć tylną śrubę (zysk ok. 42 g) i zagiąć boczki, ale do zwalniania hajów ostatnio używam „soft release” więc wygodniej jest mi to robić z tylnego pinu.  Koszt poniżej 40 zł i to tylko przy 8 sztukach!





Koszmarek

6 stycznia 2013

Jak to się wszystko zaczęło

Highlife po czterdziestce

Koszmarek. Cóż... ksywka nie została wymyślona przypadkiem ;) Polak, który pozostawił swoje serce w Bułgarii już za czasów studenckich. Oddał się wspinaczce górskiej i skałkowej. Amator fotografii i ostrych papryk. Alpinista, grotołaz, rowerzysta i czywiście taśmo maniak.
Pierwszego slacka pokazał mi nasz klubowy kolega Wernix po powrocie z Patagonii. Nie udało mi się wtedy zrobić nawet dwóch kroków, ale nie zniechęciło mnie to, a wręcz odwrotnie. Nie dałem za wygraną i szybko skompletowałem swój własny slacklinowy zestaw. Po paru sesjach treningowych wreszcie osiągnąłem progress. Żona stwierdziła, że to niezły pilates (cokolwiek, by to znaczyło), a dla mnie był to zwyczajnie fajny dodatek do wspinania. Po jakimś czasie trafiłem na filmik z Dean Potterem chodzącym bez asekuracji po taśmie na wysokości 880 m w Yosemitach i film „The Line” z wrocławskim highlinerem Janem Gałkiem. Stwierdziłem – trudno, z czterdziestką na karku raczej mistrzem już nie zostanę, ale spróbować nigdy nie zaszkodzi. Trickline jakoś nigdy mnie nie kręcił, zaś longliny po jakimś czasie stały się po prostu nudne, no i wymagły sporej inwestycji w sprzęt, by można było naciągać coraz to dłuższe i dłuższe taśmy. A high­liny mają w sobie to „COŚ”, co kocham najbardziej we wspinaniu.


Koszmarek na „Schweppesie”, Karlukovo
Powiecie, że, co to za problem jeśli w parku na Obozowej chodzę po 110 m taśmie, to nie poradzę sobie z 30 metrową na wysokości? W końcu wspinam się już 25 lat i 40 metrowa przepaść nie robi na mnie wrażenia... I dokładnie tak samo myślałem sobie wbijając bolty pod mojego pierwszego highlina. Jak ogromne było moje zdziwienie gdy po zawiązaniu się do lonży i usiądnięciu na taśmie organizm odmówił współpracy. Nogi i zadek zrobiły się z ołowiu. Wszystko mi dygotało, nie mogłem nawet wstać, nie mówiąc już o chodzeniu. Przez głowę przemknęła mi straszna myśl: „Koszmar chyba się do tego nie nadajesz...” Mimo wielu prób musiałem dać za wygraną. 
Jednak porażki muszą być. Zmuszają nas do intensywniejszej pracy i właśnie dzięki nim nie spoczywamy na laurach, a rozwijamy się dalej i spełniają się nasze marzenia. 
Przełomem dla mnie był koniec roku 2010 kiedy udało mi się pokonać w samotności mojego pierwszego „prawdziwego” 24 m highlina „Saturn 10” w Bułgarii. Takiego uczucia radości i satysfakcji jak tam, doświadczyłem jedynie w górach po zrobieniu jakiejś drogi „z przygodami” na granicy swoich psychofizycznych możliwości. Uczucie to zostaje na całe życie. 


Mój pierwszy highline „Saturn 10”

W międzyczasie trenując, w parku na taśmie, poznałem młodego Pawła J.(UKA), który jak ja pasję wspinaczkową połączył z zamiłowanie do slacklina. W roku 2011udało nam się zrealizować dwa wyjazdy do Bułgarii: pierwszy na majówkę – wspinaczkowo-slackowy i drugi już typowo highlinowy (Paweł miał kontuzję ścięgna przez, co nie mógł się wspinać) w sierpniu.


Przejdźmy do rzeczy.

...Nareszcie wolne. Pakuję do auta cały szpej wspinaczkowy i dwa wielkie wory ze sprzętem do slacka (w tym wiertarkę i 60 boltów). Paweł doleci za kilka dni samolotem. Ruszam i po 20 godzinach jazdy non-stop, pomijając oczywiście czterogodzinne stanie na granicy Serbsko-Bułgarskiej, jestem na miejscu. 


Niesamowita jaskinia Devetaszka
Jak miło nie mieć przed oczami nudnego, płaskiego, krajobrazu Mazowsza. :) Po regeneracji sił i odwiedzeniu wszystkich znajomych zaczynam szukać miejsca na nowego highlina. Mój wybór pada na jaskinię Devetaską. Ogromna grota z ośmioma dziurami w suficie o średnicy od 30 m do 80 m na wysokości  do 60 m. Fenomenalne miejsce na haja (niestety ze względu na nietoperze zabroniona jest jakakolwiek działalność eksploratorska w okolicy). Trudno, one też mają prawo do spokoju. Udaję się więc do innej równie wielkiej jaskini 
„Prochodna” w miejscowości Karlukowo. Znajdują się tam 72 drogi wspinaczkowe z tego aż 55 powyżej 6c w tym jedenaście od 8a+ do 8b+ i pięć nad 8c. Miejsce to idealnie nadaje się do wspinania w gorące letnie dni i w czasie deszczu. Dobrze jest mieć ze sobą 70 m linę. Spać można spokojnie w namiotach na polanie przed wejściem. Jest też bieżąca woda, która ma dość dziwny smak, ale problemów żołądkowych nigdy po niej nie mieliśmy.
„Oczy Boga” w jaskini Prohodna

 Po oględzinach obijam nowego highlina „Schweppes” o długości 29.5 m. Pogoda zupełnie jak nie w maju – zimno i leje. Wreszcie dolatuje Paweł i od razu wracamy do Karlukova zmierzyć się ze „Schweppesem”. W sumie ma tylko 46 m wysokości, ale ogromna czeluść tej groty potęguje doznania przestrzenne. Są święta wielkanocne i ilość turystów, wspinaczy oraz skaczących na bungee jest przerażająca. Mam wrażenie, że cała Bułgaria przyjechała nas ogladać, a to dopiero mój drugi „prawdziwy” highline, natomiast Pawła pierwszy.


Koszmar na „Schweppesie”, Karlukovo


Paweł robi trickasa na „Schweppesie”, a to jego pierwszy haj w życiu ;)

Niestety przechodząc taśme nie potrafię się wyłączyć na otaczający świat i rozprasza mnie nawet dźwięk latającego gdzieś obok komara. Tutaj zupełnie nie możemy się skupić. Trzy, cztery kroki i lot. Przynajmniej przetestujemy solidność stanowisk. Trudność też zwiększają 2,5 m taśmy stanowiskowe – wszystko jest bardziej chwiejne. Jednak nie poddajemy się, walczymy... przy oklaskach widowni i krzykach lecących na bungee, w którejś próbie udaje nam się przejść. Uf! Co za koszmar, ale za to jaka ogromna satysfakcja. Następnego dnia już bez widzów przechodzimy go jeszcze parę razy i w ramach restu udajemy się na Vratzę – mojej wspinaczkowej mekki. 

Vraca

Jest tu ponad 400 dróg od 20 m do 430 m o trudności 4–8c. Wspinamy się parę dni na miejscowych klasykach. Jest pięknie. Śpimy na kwaterze w we wsi Zgorigrad u pani Kristiny. Niestety tą słodką idyllę przerywa totalne załamanie pogody. W poszukiwaniu suchej skały udajemy się na południe w okolice miasta Płowdiw. W skałach zwanych „Bryanovshtitsa” naciągamy highlina „Saturna 10” i do znudzenia po nim łazimy. A jeszcze parę miesięcy temu nie byłem wstanie się na nim wyprostować. Następnego dnia rest czyli wspin. Uderzamy drogą którą robiłem 23 lata temu. To tylko VI+ więc biorę tylko parę ekspresów. Kości i friendy zostają na ziemi. Pierwszy wyciąg, drugi… 
– Kurwa czy ktoś tu w ogóle chodził przez te 20 lat? Jakaś rzadka i zardzewiała ta asekuracja, a w dodatku zaczyna padać. 
– Wycofać się? – Napierać? Przecież nie będę sobie robił obciachu przed Pawłem, na szóstkowej drodze. 
– Napieram. Wreszcie stan, ale tak jakby go nie było – dwa stare, pamiętające pewnie lata 50 „klincole” luźno siędzące w poziomej rysie. W życiu nie odważyłbym się ich obciążyć. Z nieba leje się woda. Ściągam Pawła i z duszą na ramieniu idę dalej. Wirtualna asekuracja, mokro... Nie wspinam się, a skradam by przypadkiem się nie poślizgnąć. Jeśli zlecę to pociągnę za sobą partnera. Po prostu koszmar! Z ogromną ulgą kończę wyciąg i drogę. Przyrzekam sobie w duchu, że już zawsze będę brał ze sobą przynajmniej komplet kości niezależnie od trudności drogi…


Cień Pawła w natarciu, skały Bryanovshtitscy



Lato

Pojawiam się ponownie w BG w połowie lipca. W oczekiwaniu na Pawła przygotowuję i przechodzę dwa nowe highliny nad Morzem Czarnym – „Horizont” (18 m) i „Bastet” (31 m), cztery w okolicy Płowdiw „Skilas” (25 m), „Berenika” (27 m), „Wologes” (40 m) i „Kale” (27 m) oraz w Karlukowie obijam „Egzystencjalne zombie” (57 m). Oczywiście przygotowanie każdego z nich zajęło mi kilka dni. Trzeba znaleźć miejsce, dojść i wnieść cały sprzęt. Szczególnie we znaki dało mi się „Kale”, które robiłem w 40 stopniowym upale i „Bastet” gdzie do upału doszło jeszcze noszenie sprzętu przez wodę i strasznie krucha skała, która pod obciążeniem wypluwała z takim mozołem wbijane wcześniej wernikowe bolty.


Highline „Bastet”, Sinemorec  piękne miejsce, niestety strasznie krucha skała
Moski highline „Horizont”, Sinemorec
Paweł tym razem przyjeżdża autobusem. Mimo 30 godzinnej podróży jest tak spragniony taśmy, że jeszcze tego samego wieczoru rozciągamy 84 m, a następnego ranka 113 m longa, którego on sieka OS. Po prostu zombie. Następnie czym prędzej udajemy się do Karlukowa, gdzie wspólnie obijamy kolejnego nowego haja „Bate Meczo” (40 m), którego Paweł przechodzi bez większych problemów.


„Nostress”, Paweł odpoczywa :) na „Bate Meczo”
Krótki odpoczynek w Sofii i ruszamy na południe w góry Rodopy. Udajemy się w okolice trackiej świątyni boga Sabazjosa znajdującej się na skale zwanej Belantasz (położonej w kraterze wygasłego wulkanu), o którą w 15 r. p.n.e. kapłan i przywódca trackiego plemienia bessów – Wologes, wzniecił powstanie przeciwko Rzymowi. Miejsce jest magiczne i trudno dostępne. Słynna, bułgarska jasnowidz Baba Wanga przepowiedziała, że jest tu ukryty ogromy skarb: szczerozłoty  rydwan Aleksandra Wielkiego oraz kilkaset kilogramów złota i srebra.


Hajduszki Kamak, jedno z wielu magicznych miejsc w Rodopach w pobliżu trackiej świątyni Belantasz
Po kilku godzinach marszu docieramy na miejsce i naciągamy „Wologesa” (40m), którego Paweł przechodzi OS. Następnie szukamy czegoś nowego. Powstaje niedostępna „Eurydyka” – 34 m. Aby dostać do jednego ze stanów trzeba przewspinać się bardzo ciasnym przeryso-kominem, a do drugiego zjechać około 15 m. W tym roku powstało w rejonie kilkanaście dróg wspinaczkowych, niestety nie ma na razie żadnej informacji ile i o jakiej skali trudności. 


Mierzenie i wiercenie dziur pod bolty na „Vologesie”

No i sam „Vologes”
Po paru dniach odpoczynku udajemy się na naszą kolejną miejscówkę Kale (co z języka tureckiego oznacza twierdzę), niedaleko miasta Płowdiw, gdzie mieściła się kiedyś rzymska warownia. Tu napinamy i przechodzimy highlina o tej samej nazwie i w następnych paru dniach obijamy kolejne dwa „Kovarniat” (38,4 m), którego przechodzimy (Paweł jak zwykle OS) i „Gangrena” (54 m). Z powodu narastającego bólu zęba do „Gangreny” przystawiam się już bez większego entuzjazmu. Bardziej chce mi się wyć z bólu niż slaczyć. Jeszcze trochę i rzucę się w przepaść. 


Paweł na „Kovarnym”
Paweł prawie przechodzi... Niestety ból zęba staje się nie do wytrzymania i musimy czym prędzej się ewakuować. Kilkanaście wizyt u dentysty oraz ból kręgosłupa kończy moją letnią przygodę z highlinem. Udaje nam się na pożegnanie naciągnąć i przejść 124 m longa w Sofii, a Pawłowi na dowidzenia pomęczyć się na „Egzystencjalnym zobmbie” w Karlukowie.
Plany na ten rok mamy spore – przejść to, co nam się nieudało, obić parę nowych miejsc, które wypatrzyliśmy, ale nie starczyło już czasu oraz znaleźć coś nowego, możliwie wśród równie piękniej scenerii przyrody jak dotychczasowe high­liny. Oczywiście w dni restowe od slakowania zamierzamy trochę się powspinać i czerpać jak najwięcej przyjemności z przebywania w górach.



Koszmarek
SlackOn!