12 kwietnia 2015

Zielono mi, czyli krótki test nowej tasiemki ;)



Kolejny sezon rozpoczął się na dobre. Mimo, że mam sporo taśm, tak naprawę, żadna nie do końca pasuje mi na longi. Każdej coś dolega. A to jest zbyt rozciągliwa, za mało wytrzymała, za dynamiczna czy też ma nieodpowiedni kolor. (Koszmar-maruda) Oczywiście każdy z nas ma inne preferencje  i nie koniecznie muszą mu pasować moje. Szukając nowej taśmy głównie na longi i systemy bez napięcia założyłem sobie takie minimalne parametry: wytrzymałość powyżej 31kN, rozciągliwość poniżej 5% (naciągam sam, nie chcę używać do tego auta, lub marnować kilku godzin), o wadze około 60 g, dodatkowo ma być mało dynamiczna i mieć ładny kolorek. Nie za bardzo chciałem sprowadzać z zagranicy więc postanowiłem znaleźć coś na miejscu. Wystarczyło zagadać odpowiednie osoby na grupie Slackline Warszawa i już miałem propozycję kupna tasiemki o takich parametrach:

Waga: 61,40 g/m
Szerokość: 25,37 mm

Grubość: 2,73 mm
Rozciągliwość: 4%@10 kN
Minimalna siła zrywu wg. certyfikatu: 34.471 kN
Kolor: zielony z czarnymi paskami po bokach, stąd też nazwa „Green mile”



Oczywiście to są suche parametry nie przesądzające czy taśma jest „fajna" czy nie, do chodzenia. Postanowiłem zaryzykować i w zasadzie kupiłem ją w ciemno.


„Green mile”


Taśma dojechała, kolor okazał się zarąbisty, jedynie zacząłem się zastanawiać czy nie będzie zbyt ostra. Jeszcze tego samego dnia chciałem ją przetestować, ale pogoda sprawiła psikusa i przez następny tydzień nieprzerwanie padało i wiało. Ledwie to przetrzymałem.  


Longline 105 m, sag 2,5/3 m




Test I
Wreszcie słoneczko. Wrzucam zieloną tasiemkę do plecaka i jadę na nową koszmarkową miejscówkę. Niestety trochę wieje, no i prawy bark mam kompletnie rozwalony. Niedawny upadek z balda odnowił starą kontuzję, przez co ze wspinania na dłuższy czas nici, a na taśmie ciężko jest mi utrzymać rękę w górze, co mocno rzutuje na równowagę. Cóż i tak technikę chodzenia mam do bani, więc z ręką czy bez, jakoś dam radę. Po szybkim sklarowaniu taśmy, postanawiam rozpiąć ok. 105 m.



Zostało jeszcze około 1,5 m



Takiej odległości nigdy nie udało mi się napiąć za jednym zamachem moim systemem bloczków 6:1 z odcinkiem 28 metrowej liny. Przy Octopussy czy nawet Platinum było jej zdecydowanie za mało, zawsze musiałem wspomagać się Line gripem. Niecek na warszawskich longlinowych miejscówkach brak, a rozpinanie treningówek na wysokości pierwszego piętra raczej u mnie nie wchodzi w grę. Zaczynam napinać. Pierwszym zdziwieniem było to, że ta taśma jest naprawdę mało rozciągliwa, zostało mi około 1,5 m wolnego systemu. Kurczę co za oszczędność czasu. Oprócz tego doskonale chodzi w bananach, nawet w tych o bardzo agresywnych kątach m/y 1 i 2 śrubą. 


„Green laser” ;)


Zanoszę trochę niepotrzebnego sprzętu do auta, jestem jakieś 200 m od taśmy, gdy zaczepia mnie pan i pyta się czy to zielony laser? Odwracam się i mimo, że stoję pod słońce, wyraźnie widzę zieloną linię, rzeczywiście wygląda niczym wiązka zielonego lasera. Zresztą ten kolor to strzał w dziesiątkę. W pełnym słońcu, szarówce czy w słabym oświetleniu jest dobrze widoczny. Zaczynam chodzić. Zajefajna! Taśma jest bardzo spokojna, łatwa do pokonania i kontrolowania, nie sprężynuje... Czyli jeśli spadając zaczepimy o taśmę, to nie zostaniemy wystrzeleni w kosmos. Osobiście na longach takie taśmy najbardziej lubię. Tak jak pisałem miałem spore obawy, co do ostrości, gdyż 2,7 mm grubości to bardzo mało, a po naciągnięciu może być jeszcze mniej. Oczywiście jest ostrzejsza niż Octopussy, ale wydaje mi się, że mniej niż napięte Platinum. Chodzę w butach, więc za bardzo mi to nie przeszkadza, szczególnie blisko ziemi. Mimo wszystko na longach dobrze mieć rękawiczki. Kilka dni później chodził po tej taśmie - na 70 m - znajomy boso i stwierdził, że jest „bardzo przyjemna w dotyku pod stopą", ale "trudniejsza" od Platinum czy Octopussy. Hmm...
PS. Moim zdaniem Zielona Mila bardzo dobrze się sprawdza na słabo napiętych longach - czym mniejsze napięcie tym łatwiejsza jest do pokonania.



Test na 105 m , sag 2,5 m


Test II
Dzień po teście na 105, przeprowadziłem test taśmy na słabo napiętym krótkim longu i zupełnie luźnej 30. W obu tych przypadkach taśma sprawdziła się rewelacyjnie.


Długość 56,5 m, sag 3 m


Podczas testu ;)

Krótki long 56.5 m, ugięcie taśmy (sag) ok. 3 m. Testując tu kiedyś taśmę Platinum musiałem ją napiąć do około 270 kg, by ostatecznie się ustabilizowała na ok. 150 kg i można było chodzić nie szorując po podłożu. Bardzo podobnie zachowywała się Octopussy, ale tylko, jako zdublowana (pojedynczą trzeba było znacznie mocniej napiąć). Zieloną naciągnąłem „softem” do około 187 kg. Po paru próbach i chwilę po samym przejściu napięcie spadło do 114 kg, ostatecznie stabilizując się na około 120 kg. Przy tym napięciu spokojnie można było dalej trenować. Na tej miejscówce i przy tym SAG-u jest to najlepszy wynik, jaki udało mi się osiągnąć na pojedynczej taśmie. Dodatkowo nic nie musiałem dociągać. Przy tak niskim napięciu chodzi się po tej taśmie bardzo dobrze. I tak jak pisałem przy longach ten kolor jest dobrze widoczny w przeciwieństwie np. do białego, który dodatkowo strasznie szybko się brudzi.




Luźna taśma 32 m; Sag ok. 3.4 m. W sumie nie mam, co się powtarzać. Rewelka. Zazwyczaj, by tu chodzić trzeba wyciągnąć przy pomocy banana zbędny luz prawie do końca, a przy tej taśmie należało dać więcej luzu. Po sprawdzeniu, czy nie dotykam podłoża, nic już potem nie musiałem dociągać. Ta taśma w systemach bez napinania jest bardzo łatwa do pokonania. Spokojna i zero sprężynowania pod naszą wagą. Moim zdaniem bardzo dodrze sprawdzi się w liniach typu „rodeo”.



Test na 32 m, sag 3,4 m




Test III Kolejnego trzeciego już dnia przeprowadziłem test na moim 32 m midlinie. Taśmę napiąłem bardzo mocno i po każdym następnym przejściu ją luzowałem. Kolejno pokonałem ją przy napięciu 580 kg, 320 kg, 250 kg, 120 kg i 90 kg. 




Taśma na hajki się nadaje, ale jest trochę za sztywna. Przy upadkach ze względu na małą rozciągliwosć, słabo pochłania energię lotu przez co mamy większe obciążenie stanowisk.  Przetestowałem ją na 32 m i 54 m midliniach, oraz na 40 m i 55 m highlinach. Nie latałem pod taśmę, ale dla przykładu na 32 m przy chodzeniu na napięciu 115 kg na stanowisko generowałem maksymalnie 391 kg, to prawie tyle samo, co na zdublowanej Octopussy napiętej do 120 kg przy której maksymalnie wyszło mi 401 kg. Z drugiej strony taśmy z vectranu, dyneemy czy też hybrydowe rozciągają się jeszcze mniej i też są używane na highlinach, więc jeśli stanowisko mamy „pancerne" to nie ma czym się martwić.
Taśma przy każdym napięciu była łatwa do pokonania, oczywiście ja preferuje środkowe wartości, ale nawet przy napięciu 90 kg ugięcie było na tyle małe, że zbytnio nie przeszkadzało w chodzeniu. 
Na wysokich liniach krawędzie mają duże znaczenie, gdyż w czasie upadku łapiemy się za taśmę. Tu są odczuwalne jako dość ostre więc rękawiczki obowiązkowe.

Oczywiście wielu osobom ze względu na sporą sztywność ta taśma nie będzie pasowała na highliny, ja też wolę na wysokości taśmy z minimalnie większą dynamiką. Zielona Mila jest zupełnym przeciwieństwem popularnego super rozciągliwego i sprężystego Rubber Banda, ale w końcu jest to taśma do longów. Na zdublowanej całkiem dobrze się chodzi na hajkach, ale upadki są mega "twarde" przez to niebezpieczne.

Przejście przy napięciu 90 kg



Zostało mi, by pochodzić jeszcze na zdublowanej.


PS. 19.07. Zdublowana „Zielona Mila” naprawdę miło mnie zaskoczyła. Górna taśma była napięta, a backupowa dość luźna. W takiej kombinacji chodziło się po tym super. Jeszcze nigdy nie miałem tak "spokojnego" systemu, a ostre krawędzie przy zdublowaniu nie występują.


To by było na tyle po kilku dniach prób. 

Wśród bujnej zieleni w mocno rozproszonym świetle gorzej ją widać i nie jest zbyt fotogeniczna (tu jedynie sprawdził się kolor czerwony/pomarańczowy), ale spokojnie da się chodzić  (fotka z 3.06, 55 m)




Co mi się w niej podoba:
1. Bardzo mało rozciągliwa, co znacznie oszczędza czas. Do ok. 65-70 m na płaskim terenie można naciągnąć tylko przy pomocy soft relase 
2. Wytrzymała - certyfikowane minimum to 34.471 kN
3. Lekka - 61,40 g/m 
4. Bardzo spokojna, nie sprężynuje, prosta do pokonania i kontrolowania
5. Łatwo wybiera się luz w bananach 
6. Kolor zielony z czarnymi krawędziami to strzał w dziesiątkę. W pełnym słońcu i półmroku jest dobrze widoczna w przeciwieństwie np. do białego czy czarnego. Oczywiście wśród bujnej zieleni jest mniej widoczna niż np. czerwona czy pomarańczowa.
7. Również w przeciwieństwie do białego, taśma nie będzie się tak szybko brudziła.Minusy. W zasadzie nie mogę się do niczego przyczepić poza ostrymi krawędziami i sporą sztywnością (wynikającą z połączenia dużej wytrzymałości i niskiej rozciągliwości), ale w końcu jest to taśma pod longliny.







Koszmarek







13 marca 2015

Slack Cruiser - buty do slaczenia spod znaku adiddasa

Dedykowane buty na taśmę, nadające się raczej tylko do tricklina :(



Widać już rychły koniec moich wysłużonych slacklinowych kapci Five Ten model Line King, buty do codziennego chodzenia również zaczęły się rozpadać. Więc zacząłem się rozglądać za czymś nowym. Będąc w jednym z Warszawskich outletów zauważyłem w promocji model adidasa o dumnej nazwie Slack Cruiser. Koszt 109 zł, więc można było zaryzykować. Adidas promuje te buty, jako idealnie nadające się do slackliningu, wycieczki na skałki, czy do parków linowych. Piszą, iż lekkość i giętkość, są główną ich zaletą, gwarantując dokładne wyczucie podłoża. Podeszwa ze specjalnej gumy typu Stealth powoduje, że buty są wytrzymałe, przyczepne oraz zapewniają odpowiedni balans. Krótko podsumowując nie znajdziecie nic lepszego ;)
A teraz fakty. Jakiś czas temu za sumę 25 milionów dolarów grupa Adidas kupiła producenta butów Five Ten. Wydawało mi się, że zaowocuje to wypuszczeniem na rynek ulepszonych i tak już bardzo dobrych modeli Five Tena przydatnych do slaczenia takich jak Line King, Freerider czy 
Spitfire. Tym bardziej, że kolejne wcielenia modelu Line Kingów miały już gorszą jakość wykonania i brzydszą kolorystykę. 

Kolejne wcielenie Line Kingów, niestety już nie są takie ładne, a i jakość wykonania jakby słabsza

Na początku mojej przygody z taśmą używałem niemarkowych tenisówek lub trampek za 30-40 zł. Ich główną wadą było to, że szybko się rozwalały, a jak chciałem kupić takie same to już nie było dokładnie tego modelu. Próbowałem też chodzić na boso, daje to najlepsze czucie taśmy, ale ostatecznie się do chodzenia na bosaka nie przekonałem. Na miejscówkach gdzie najczęściej trenuję można sobie poranić stopy, przetarcia skóry przy upadkach też nie są rzadkością. Przyzwyczaiłem się do chodzenia w butach i tak już mi zostało.
Z początkiem chodzenia na wysokiej taśmie przerzuciłem się na tenisówki firmy Puma. Były o wiele trwalsze i całkiem fajne na slacka. Szczególnie do gustu przypadł mi model z gładką gumową podeszwą. (na fotce poniżej ten po prawej) 


Dziś zapewne dalej bym chodził w Pumach, gdybym za namową Pawła J. nie kupił trampek Five Tena, których główną wadą była cena. Używam ich już 4. rok i jestem super zadowolony. Dzięki gumie Stealth okazały się lepsze od wszystkich dotychczasowych bucików, które miałem. Ta podeszwa sprawdziła się podczas deszczu i śniegu. Nawet na zamarzniętej i mokrej taśmie nigdy się nie ślizgałem. Niestety moje Five Teny nie przetrwają już kolejnego sezonu. 


Moje 5.10 Line King promodel Andy Lewis - nowe






A tu po czterech latach


Podsumowując wszystkie moje dotychczasowe buty do slacka miały cienką podeszwę, bez problemu zginającą i skręcająca się, dającą świetne czucie taśmy na całej powierzchni stopy od palców, aż po pietę. 


Wróćmy jednak do Slack Cruiserów adidasa. Są ładne, bardzo porządnie wykonane i posiadają legendarną podeszwę z gumy Stealth, ale czy nadają się na taśmę? Oczywiście na krótkich odcinkach między drzewami nie mam problemu by chodzić po taśmie w czymkolwiek, więc najlepszym testem było chodzenie na wysokości, gdzie czuję się mniej pewnie. Nie lubię chodzić boso więc na highlinach priorytetem jest dla mnie dobre czucie taśmy, w miarę przyczepna podeszwa i oczywiście wygoda. Po założeniu nowych bucików w celu wypróbowania od razu udałem się na swoją standardową miejscówce, czyli 32 m midlinie. Pierwsze wrażenie - tragedia. Tak jak bym miał na nogach chodaki. W jedną stronę ledwie przeszedłem, a w drugą poleciałem. Gdzie ta reklamowana giętkość i wyczucie podłoża? Dodatkowo pięta jest wyżej niż palce, co powoduje dość nienaturalne stawianie stopy na taśmie. Jedynie przyczepność jest ok. No nic, może buty trzeba rozchodzić i się do nich przyzwyczaić. Przez kolejne dwa tygodnie praktycznie butów nie zdejmowałem, jeździłem w nich na rowerze, trochę slaczyłem i cały czas chodziłem. 


Następnie ponowna próba ma midlinie - tym razem już poszło gładko, ale jednak od połowy stopy zupełnie nie czuć taśmy, twarda podwyższona pięta bardzo przeszkadza. Zresztą, po co w butach na taśmę podwyższenie pięty? Różnica między przodem, a tyłem to ponad 12 mm. Być może zbytnio się przyzwyczaiłem do starych papci? Miałem pod ręką zupełnie nowe jeszcze nigdy nie zakładane tenisówki Merrella kupione na gorące letnie dni. Założyłem i przeszedłem bez problemu w obie strony. Cóż jednak czucie jest lepsze niż w adidasach i nie jest to kwesta rozchodzenia. 


Tenisówki Merrella kupione do chodzenia (po ziemi), ale na taśmę też są ok choć w niczym nie są lepsze od zwykłych tenisówek z bazaru, no może trochę wytrzymalsze i ładniejsze

Podsumowując Slack Cruisery nie są złe, ale od specjalistycznych butów na slacka oczekiwałbym czegoś więcej. Podeszwa z gumy typu Stealth, choć jest wspaniała nie jest gwarancją sukcesu. Mi osobiście ten model na longi i highliny zupełnie nie podpasował, lubię czuć taśmę całą stopą. Nazwa modelu zupełnie nieadekwatna, wprowadzająca potencjalnych użytkowników w błąd, choć do tricklina są ok. Wydaje mi się, że likwidacja podbicia pięty i mniej sztywna podeszwa załatwiłaby sprawę, rąbiąc z nich zarąbiste pantofle na haje. Dużym minusem jest też brak wentylacji. No nic poczekam na kolejny, mam nadzieję, że już dopracowany slacklinowy model adidasa. Ten moim zdaniem (jeśli uwzględnimy tylko chodzenie po tasmie) nie jest zbyt udany, już wolę chodzić w butach podejściowych adidasa Terrex Solo choć i one są beznadziejne na slacka.

PS. 03.06.15 Minęło dokładnie pół roku od zakupu 
Slack Cruiserów. Noszę je na co dzień, więc dopasowały się do stopy i trochę zmiękły przez co i zwiększyło się czucie podłoża. Do krótkich taśm w parku są spoko, na longi i tym bardziej highliny jednak dalej mi przeszkadza podbicie pięty i słabe czucie taśmy w tylnej części stopy.

Bardzo fajne buciki, ale nie koniecznie na taśmę

Po lewej nowsze po prawej starsze

PS. 15.09.16
A jednak, to, co najlepsze było w Slack Cruiserach - czyli podeszwa ze specjalnej gumy Stealth - udało się adidasowi zepsuć. W moich pierwszych Slack Cruiserach zakupionych półtora roku temu podeszwa wygląda jak nowa w porównaniu do tej w butach kupionych niecałe pół roku temu. W nowszych guma jakby sparciała i po prostu zaczęła się rozpadać. Moim zdaniem podeszwa ta, nie ma nic wspólnego z gumą Stealth opracowaną przez założyciela Five Ten - Charlesa Cole, poza samym napisem "Stealth". Obydwie pary były używane w podobnych warunkach pogodowych i terenowych, czyli głównie podczas szukania nowych miejscówek pod highliny w Bułgarii.



Podeszwa moich półtorarocznych Slack Cruiserach, jest trochę wytarta, ale się nie rozpada



A to rozpadająca się podeszwa w moich półrocznych  Slack Cruiserach - MASAKRA

***

No dobra, jak widać Slack Cruiserów na taśmę nie warto kupować, więc co? Na warszawskich slackline jamach (czyli cotygodniowych slacklinowych spotkaniach) można zobaczyć ludzi chodzących w różnych butach. Oczywiście każdy zachwala swoje. O te bardziej ciekawe pozycje postaram się wypytać właścicieli i sukcesywnie uzupełniać ten post.

Na początek wystarczą najzwyklejsze tenisówki lub trampki. Te kosztowały całe 8 zł :)
Reebok Royal Transport (Filip S.) - Bardzo lekkie, podeszwa cieniutka, praktycznie jak kartka papieru w zasadzie czuć wszystko, nawet jak są jakieś błotka na taśmie. Guma świetnie trzyma się  taśmy. Jedyny minus - są strasznie miękkie przez co stopa delikatnie chodzi na boki.


Reebok Royal Transport
Merrell Trail Glove (Michał O.) - W tych butach chodzi sie prawie jak na boso, ale ostre kamienie i inne rzeczy nie kalecza nogi. Początkowo dziwne wrażenie jak zakładasz buty i czujesz pod nogą łączenia kostki brukowej. Są mega lekkie. Z wad to całkowity brak wodoodporności. Morka trawa wystarczy, żeby mieć mokro w butach. Spacer po piachu tez jest nieciekawy. Podeszwa Vibram Trail Glove, ma dość agresywny bieżnik i dobrze sprawdza się przy bieganiu, na siłowni no i oczywiście na taśmie. 


Merrell Trail Glove

Adidas Terrex Solo Wiele osób w tym i ja dostało ten model w ramach promowania firmy Adidas. W necie można znaleźć ich dość obszerny test. Katowałem je ponad trzy lata, głównie podczas ciężkich podejść z plecakiem i w trakcie rozpoznawania terenu. Mogę powiedzieć jedno, są niezastąpione przy znajdowaniu nowych miejscówek pod highliny w trudnym terenie skalnym. Praktycznie czułem się tak pewnie jak w butach wspinaczkowych. Ich największym minusem są ciągle rozwiązujące się sznurowadła, brak przyczepności na mokrym podłożu (nieraz po prostu bezpieczniej je zdjąć) oraz słaba wentylacja.
Wróćmy jednak do slacka. Co prawda w parku po taśmie całkiem dobrze mi się w nich chodzi, o wiele lepiej niż w Cruiserach, to tak jak Cruisery mają podwyższenie pięty zmniejszające czucie taśmy, dodatkowo są dość wąskie i lekko asymetryczne. Mimo, że sporo osób ich używa i sobie chwali, moim zdaniem nie są to dobre buty na taśmę.

Adidas Terrex Solo

Merrell Rant Brash (Marek D.) - Mi te merrelle przypadły do gustu, ale pewnie dlatego, że nie chodziłem w niczym lepszym, ogólnie podobało mi się w nich to, że nie przemakały palce bo jest ta guma i są całe skórzane więc szybko schły. Podeszwa i czucie w nich taśmy też dla mnie były ok. W dwa lata je ładnie zajechałem, ale chodziłem w nich wszędzie.

Merrell Rant Brash



Five Ten Freerider (Paweł J.) - Buty udało mi się znaleźć w przecenie na 8a.pl. Kiedy zastanawiałem się czy je kupić okazało się, że dwa dni wcześniej dostałem kod rabatowy na dodatkową zniżkę tylko na produkty przecenione - miły zbieg okoliczności i szybka decyzja. Buty są minimalnie za duże, jakieś pół rozmiaru, ale mam takie wrażenie tylko dlatego że od kilku lat jestem przyzwyczajony do chodzenia w bardzo dopasowanych butach, co niekoneicznie dobrze wpyłwa na stopy. Dla mnie minimalnie za duże ale kto inny powiedziałby pewnie, że idealne. Buty z podeszwą z gumy S1, jak zawsze w 5.10 bardzo dobra przyczepność, aczkolwiek wydaje mi się że troszkę mniejsza niż w Line Kingach, może to kwestia tego że to nówki i jeszcze się nie "dotarły". Co do samego chodzenia po slacku to nadają się bardzo dobrze, ale nie należy wymagać jakiegoś ultra dobrego czucia, choć to pewnie też kwestia rozchodzenia i lekkiego dotarcia podeszwy. Przypuszczam, że do trików, gdzie dobre czucie nie jest tak istotne nadawałyby się idealnie. Póki co uważam że zakup był dobry, ale muszę je bardziej rozchodzić i wtedy będę mógł powiedzieć coś więcej. Rozmiar mogłby być troszkę mniejszy, ale być może większa ilośc luzu przyda się w gorące dni kiedy stopa puchnie.


Buty Five Ten Freerider













Niestety zamsz jest zbyt delikatny jak na buty do slacka, przynajmniej do tricków  (są też wersje freerderów skórzane).  Jak napisał Paweł - taśma przejechała mi po zamszowej części i prawie zrobiła dziurę... dobrze to o nich nie świadczy. 






Five Ten Freerider Elements  (Michał Sz.) - Już nie pamiętam ile lat temu je kupiłem, ale nic się w nich nie pruje i ogólnie są ok, choć nie używam ich za często. Tak na prawdę tylko na skoki i kiedyś do chodzenia po taśmie. Na skokach sprawdzają się świetnie, podwyższenie pięty (specjalnie wybrałem tę opcję) powoduje, większe uczucie komfortu przy lądowaniach, a płaska podeszwa pozwala lądować ze ślizgiem na trawie, co jest niezbędne przy moim sposobie lądowania (tzw. swooping) 
Ostatniego lata używałem tych butów z konieczności przy skakaniu BASE we Włoszech. I byłem bardzo zaskoczony przyczepnością podeszwy podczas treckingów na exit pointy i podczas wybijania się ze skały
Generalnie nie lubię chodzić w butach na płaskiej podeszwie i po całodziennym chodzeniu w nich zawsze mam zmęczone stopy.
Przestałem w nich slaczyć głównie ze względu na to podwyższenie pięty, utrudniało to wstawanie oraz brak dobrego czucia taśmy.



Five Ten Freerider Elements


Merrell Vapor Glove 2

Te buciki na taśmę mi podeszły, więc szerzej o nich TU ;)








Koszmarek

8 stycznia 2015

Highline nie tylko dla orłów

Niewielu ludzi wie, że na szczycie tych skał znajdują się ruiny XII w. zamku



Śmigając bezproblemowo po 60, 80 czy nawet 100 m longach wydawałoby się, że krótkiego highlina powinniśmy wciągnąć nosem. Oczywiście są talenty jak Paweł J. czy też mój bułgarski znajomy Serafim, który swego czasu tylko uprawiał trickline, nigdy nie miał styczności ze sprzętem wspinaczkowym, a zrobił swojego pierwszego highlina 27 m/50 m w 3 próbie, następnego 25 m/40 m dzień później już OS FM. No cóż, tylko pozazdrościć. 


Serafim na swoim pierwszym highlinie od razu zwieńczonym sukcesem (2012 r.)


Niestety większość śmiertelników w tym i ja, siadając na swoją pierwszą wysoką taśmę, nie jest wstanie podnieść swoich czterech liter. I nie chodzi tu o lęk wysokości. Po prostu nasze ciało - mimo chęci mózgu - nie chce z nami współpracować, jest jak sparaliżowane. 


Paweł J. na jednym ze swoich pierwszych highlinów wykonuje trickasa  (2011 r.)



Dla początkującego każda taśma na wysokości 7-8 m jest „highlinem", później ta granica trochę się przesuwa i niższe taśmy umownie nazywamy midlinami, a te wyższe, highlinami. Dla mnie highline zaczyna się od około 17-20 m - upadek z tej wysokości jest już raczej śmiertelny.


Mój pierwszy znaleziony i zariggowany highline w BG. Mimo upływu czasu uwielbiam tu wracać




Swojego pierwszego highlina przygotowałem w listopadzie 2009 roku w Bułgarii, ale by go przejść musiałem popracować dokładnie rok. Oczywiście Bułgaria jest daleko, więc nie miałem za bardzo możliwości sprawdzania swoich postępów, jednak zapewniam was - były one mizerne, ale za to miałem sporą motywację. Nie będę w tym poście opisywał kwestii sprzętowych, a jedynie swoje spostrzeżenia.

Systematyczny trening zawsze procentuje, tak więc powinniśmy znaleźć sobie miejscówkę, na której możemy regularnie trenować. Oczywiście treningi nisko nad ziemią także są ważne, ale jeśli chcemy chodzić na higlinach to lepiej jednak znaleźć coś wyższego. Miejscówka na początek nie musi być ani długa, ani wysoka. Spokojnie nam wystarczy 15-20 m na wysokości, co najmniej 8-10 m. Oczywiście długość taką powinniśmy śmigać bez problemowo na ziemi. Nie przejmowałbym się zupełnie przelicznikiem długości longów do długości highlinów 3:1 - jest za dużo czynników, które mają wpływ na tę korelację, więc nie ma co zaprzątać sobie nią głowy. Moja pierwsza treningowa miejscówka miała 32 m długości i 9 m wysokości.

Na tak niskich miejscówkach, jako backupu używajmy drugiej taśmy lub liny statycznej. Przy backupie z liny dynamicznej, jeśli pęknie taśma, możemy niestety zaliczyć glebę.



Miejscówka: długość drzewo-drzewo 34 m, wysokość w miejscu odpadania 9 m. Test backupu z dynamicznej liny połówkowej 8,5 mm. Wniosek -  na midlinach róbmy backupy tylko z drugiej taśmy lub liny statycznej. Przy linie dynamicznej w najlepszym przypadku połamiemy nogi. Tu odpadłem spod taśmy, a i tak pacnąłem czterema literami o glebę.




To samo tylko na backupie z taśmy


Podczas treningów w parku starajmy się chodzić na zdublowanej taśmie, by przyzwyczaić się do większej masy taśmy z backupem. Dodatkowo jak zbierze się w parku większa grupka slacklinerów i każdy przyjdzie ze swoim sprzętem  to spróbujmy wszystkich taśm. Każdy rodzaj, każde napięcie i długość dają różną charakterystykę, a zróżnicowany trening będzie miał korzystny wpływ na nasz przyszły progres. Ciągłe chodzenie po tym samym powoduje adaptację mięśniową w sensie negatywnym, takie ćwiczenie nie robi na naszym organizmie należytego szoku i tym samym nie mamy postępu. Dlatego nawet jak jesteśmy sami to starajmy się, co jakiś czas rozwieszać coś innego, coś co sprawi nam na początku problem.
Zobaczcie w necie jak chodzi światowa czołówka i starajcie się na treningach naśladować ich technikę. Utrwalone prawidłowe wzorce ruchowe w konsekwencji będą miały przełożenie na wasz wynik sportowy. Wyeliminowanie błędów po czasie jest bardzo trudne lub nawet niemożliwe. Coś o tym wiem. 

Gdy będziemy próbowali swojej pierwszej wysokiej taśmy to powinniśmy przygotować się na to, że najwięcej upadków zaliczymy podczas wstawania lub pierwszych kroków, dlatego miejscówka musi mieć dostateczną wysokość, a my musimy odpowiednio daleko odsunąć się od stanowiska. Poniżej urywek z filmu Wawaline.




Powinniśmy mieć opanowane wstawanie na taśmie z siadu
, przynajmniej kilka metrów od stanowiska. Mi nauka „Chongo” szła strasznie opornie, więc trenując w parku zacząłem wieszać taśmę na tyle wysoko, by jedyną metodą wystartowania było właśnie wstanie z siadu. Chcąc nie chcąc, w końcu załapałem, choć na początku źle, bo wstawałem z jednej nogi, co bardzo obciążało kolano. Zresztą wstawanie z siadu przydaje się nie tylko na highlinach, ale również na longach. Na pierwszym filmiku wstaje z siadu mój bułgarski znajomy Serafim, a na drugim zobaczycie moje pseudo „chongo"- grunt, że skuteczne.




Do pozycji wyjściowej „Chongo”  możemy przejść na dwa sposoby - popularniejszy, tak jak u Serafima, jest taki: nogę postawić z tyłu i przenieść na nią ciężar ciała odpychając się rękoma od taśmy lub tak jak u  mnie - stawiając nogę z przodu, przenieść na nią trzeba ciężar ciała jedną ręką przyciągając się, a drugą z tyłu odpychając się od taśmy.
Jeżeli nie jesteśmy wstanie wstać z siadu, to warto sobie posiedzieć na taśmie. Nasze postrzeganie miejsca się zmieni i przy następnym treningu „hajek" będzie wydawał się wyraźniej niższy, a taśma jakby krótsza, co ułatwi nam przełamanie się. W szerszej perspektywie mam dokładnie tak samo na początku i na koniec sezonu.

Górna asekuracja?
Na początku mojej przygody z highlinem zawiesiliśmy nad taśmą równoległą linę do asekuracji lub minimalnego przytrzymywania się.
Efekt przytrzymywania był absolutnie taki sam jak w parku, gdy początkującemu podajemy rękę – bez większych problemów jesteśmy wstanie pokonać taśmę. To samo na wysokości, gdy można było nawet delikatnie się przytrzymać, wszyscy śmigaliśmy po haju bez problemu, gdy pomocy jednak zabrakło - nikt nie był wstanie zrobić nawet 3 kroków. Kilka lat później powtórzyłem to na moich znajomych i efekt był absolutnie taki sam. Moim zdaniem szkoda jednak czasu na takie ćwiczenia - nic to absolutnie nie daje.

Gdy przytrzymujemy ręką lonże to takie ćwiczenia absolutnie nic nie wnosi. Szkoda na to czasu (2009 r.)



Co do chodzenia z górną asekuracją to wydaje mi się, że możemy sobie poćwiczyć, ale lonża wisząca z przodu będzie nam przeszkadzała, a w sytuacjach awaryjnych zamiast starać się zachować równowagę, będziemy łapać linę.

Tak już lepiej, ale lina z przodu jest wkurzająca (2009 r.)



Jeżeli miejscówka pozwala to możemy poćwiczyć wiążąc asekurację z tyłu uprzęży. Wtedy nic nam się nie plącze przed oczami i jest znacznie lepiej. Oczywiście do zabawy potrzebujemy partnera, który będzie nas asekurował, a po odpadnięciu szybko opuści na ziemię. Tak możemy trenować na jednej z warszawskich ścianek, gdzie wisi slack na wysokości około 3,5 m. Czy jest to doby trening? Trudno powiedzieć, może na pierwsze 2-3 razy.
Powinniśmy przyzwyczaić się do lotów. Tak jak we wspinaniu, jeśli wspinamy się tylko na wędkę to trudno nam będzie poprowadzić drogę, choć technicznie będzie to dla nas łatwe, to psychicznie możemy nie dać rady.
 Zresztą przełamanie własnego strachu też może być dla nas bardzo dobrą motywacją.

Upadki i łapanie za taśmę

Pierwsze upadki zazwyczaj wyglądają tak ;)


Mimo, że niektóre upadki wyglądają strasznie, w zasadzie nie mamy czego się obawiać. Highline jest sportem bardzo widowiskowym, ludziom wydaje się, że wymaga nie lada odwagi i niesie ze sobą spore ryzyko. W gruncie rzeczy jednak nie jest to sport ekstremalny, ani nawet wysokiego ryzyka, oczywiście jeśli się asekurujemy, używamy odpowiedniego sprzętu i mamy odpowiednią wiedzę. Zasadniczo niebezpieczeństwo jest takie jak podczas sportowego wspinania na ubezpieczonych drogach, czyli prawie żadne. Wszystko to kwesta treningu i opanowania sprzętu. Buldering jest o wiele bardziej niebezpieczny. Oczywiście jest garstka highlinerów chodzących bez asekuracji (do czego oczywiście nie zachęcam) i jest to już forma ekstremalna highliningu, niczym Proximity flying.



Raczej nie będzie to kontrolowane odpadnięcie (2010 r.)





Przy upadkach z wysokiej taśmy, co najwyżej nabijemy sobie kilka siniaków. Od początku naszej przygody z highlinami starajmy się łapać taśmę przy upadkach. W początkowym okresie będziemy mieli mnóstwo siniaków na udach i w różnych innych miejscach. Zdarzało mi się wybić nawet kciuka. Nie ma, co się stresować, po pewnym czasie nie będziemy już tyle latać, nauczymy się łapać taśmę i siniaków nie będzie. Różnica w obciążeniu stanowiska przy łapaniu taśmy i locie pod taśmę nie jest jakaś ogromna i moich treningowych liniach wahała się od 160 kg do 220 kg.

Początki są bolesne - siniak tu, siniak tam


Teraz często mi się zdarza, że przy stracie równowagi po prostu siadam na taśmę. Nie wiem, czy jest jakaś specjalna technika łapania, ale ja robię to tak: szybkie pochylenie do przodu (nogi na taśmie), praktycznie jednocześnie łapię taśmę obiema rękami, taśma zsuwa się pod udo następnie pod kolano, a wszystko to z lekkim ruchem obrotowym. Nie wygląda to nawet na upadek, a na rodzaj przysiadu.






W czasie pierwszych highlinów radzę zakładać grubsze spodnie lub nawet dwie pary. Unikajmy łapania pod pachy lub z szeroko rozłożonymi rękoma i nogami na metodę, a może się uda. Oczywiście pierwsze próby będą wyglądały jak na filmiku poniżej.




Łapanie ma być jak precyzyjna 
„bańka" do chwytu w czasie wspinania. Jeżeli wiele razy taśma uderzy nas w to samo miejsce, powinniśmy zrobić sobie przerwę do częściowego przynajmniej wchłonięcia siniaków, gdyż może się to skończyć poważniejszym urazem.
Być może kontrolowane upadki sprawiają, że nie walczę do końca, ale cóż, wolę tak niż włażenie po lonży. Zresztą, od kręcenia na lonży robi mi się niedobrze :)

Wracanie na taśmę
Gdy spadniemy pod taśmę musimy na nią wrócić. Zdarza mi się to niezmiernie rzadko, tak więc nie wychodzi mi to za ładnie, ale zobaczcie jak to robi Paweł J. (Jeśli lonżę mamy w 
„koszulce" np. z taśmy rurowej, to wyjść jest znacznie łatwiej)



Nie jest to trudne, lecz po kilkunastu upadkach i wychodzeniu po lonży możemy się zmęczyć. Początkującym zalecałbym, by przy uprzęży mieli tiblocka, ropemana, czy kawałek repsznura i 60 cm pętlę. Nie mając opanowanej techniki wychodzenia, przy ich pomocy dostaniemy się łatwo na górę. 




Gdy po upadku wyjdę po lonży i złapię rękoma taśmę to zarzucam na nią nogi. Wisząc na leniwca, wpinam w taśmę ekspres, a następnie przypinam go do uprzęży. Jeśli posiadamy ekspres z hangoverem to jedziemy do stanowiska, jeśli nie, to wpinamy rolkę i dopiero ekspresem przepinamy się do rolki i jedziemy do stanu. Na krótkich highlinach wystarczy tylko ekspres, ale by nie usunąć tejpowania i ułatwić sobie przemieszczanie to robimy to swoistego rodzaju skokami pomagając sobie przy tym dynamiką taśmy. Gdy taśma wybija nas do góry to przeskakujemy na przód.


Gdy dojedziemy do stanu, by usiąść ponownie na taśmie wykorzystujemy siłę odśrodkową i dynamikę taśmy. Robimy zamach nogą i jesteśmy u góry. Spokojnie możemy poćwiczyć to w parku. 




Jak to było u mnie
Po pierwszej porażce, gdy nie udało mi się podnieś 4 liter na nowo zariggowanym bułgarskim highlinie wróciłem do Polski. Tu wkrótce nadarzyła się okazja spróbowania wysokiej taśmy z bardziej doświadczoną warszawską ekipą w Podlesicach, a dokładniej na Sadku. Z riggowaniem nie było problemu, bo dookoła rosną drzewa, a wysokość nie była zbyt duża. Na początek powiesiliśmy nawet jeszcze jedną linę u góry. Nikt nie miał problemów z przejściem, gdy przytrzymywał się delikatnie górnej lonży. Jednak gdy górnej lonży już nie było to problem mieliśmy nawet już ze wstaniem z siadu. Po kilku niepowodzeniach udało mi się zrobić swojego pierwszego 20 m OW. Poniżej kadr z filmiku.




Nastała zima, a my ponownie spotkaliśmy się z warszawską ekipą na moście Gdańskim. Rozwieszona taśma miała około 22 m na wysokości około 17 m. Wygodniej było startować z „rury” a nie z siadu, co niestety przy jednej z prób przypłaciłem uderzeniem plecami o tę właśnie rurę. Próby wyglądały obiecująco - udawało nam się robić po parę kroków, niestety podpłynęła policja, spisała nas i zabawa się skończyła. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że i tak by się nie udało. Wysokość i przestrzeń robiły swoje. Ostatecznie "most"padł dwa lata później w 
zimowej nocnej akcji przy -10 i zerowej widoczności.

Podczas jednej z prób wystartowałem z "rury", oczywiście po paru krokach odpadłem przywalając o nią plecami (2009 r.)


Kolejne wysokie taśmy rozwiesiliśmy na bunkrach w Janówku 11 m i 17 m. Po kilkunastu próbach padły. 

Na bunkrach w Janówku. Temperatura grubo poniżej 13 st (2009/10 r.)




Nastał rok 2010. Było dużo treningów w parku, ale brakowało miejscówki do treningów na wysokiej taśmie. Latem znowu Bułgaria. Kilka przymiarek do „prawdziwego” haja, niestety - nieskutecznych. Co prawda udawało mi się wstać i robić parę kroków, ale nic poza tym. Mimo siniaków próbowałem jednak dalej. W końcu przy którymś upadku taśma ustawiła się bokiem i uderzając po raz setny w to samo miejsce doprowadziła do wewnętrznego krwotoku w udzie. Uraz okazał się na tyle poważny, że zaowocował miesięczną przerwą od slacka. Wtedy też po raz pierwszy zwątpiłem, że jestem za stary, że brak mi równowagi i do highlinowania zupełnie się nie nadaję. 


Slacka uprawiałem dalej, ale w parku. Przełomem było odkrycie miejscówki na Forcie Włochy. Niby nic takiego. Tylko 32 m długości, na środku 9 m wysokości. Po kilku sesjach byłem wstanie ją pokonać. Z treningu na trening było coraz lepiej.

Na nowej miejscówce - Fort Włochy (2010 r.)



Uskrzydlony spakowałem sprzęt i w grudniu pojechałem do Bułgarii. Zariggowałem swojego zeszłorocznego highlina i tym razem udało mi się go przejść i to całe 4 razy. Łzy w oczach i ogromna radość. Udało mi wygrać z najtrudniejszym przeciwnikiem – nad sobą samym. Na żadnym innym highlinie już nie doświadczyłem takiego uczucia.
Zacząłem poszukiwanie następnej miejscówki. Znalazłem fenomenalną jaskinię w Karlukowie, gdzie obiłem swoją drugą, jak się potem okazało 46 m linię, która była moim celem przez dość długi czas. 


Karlukowo. Powstało tu siedem linii. Pięć na wyjściach z jaskini i dwie w  jej środku

Po przejściu pierwszego highlina sprawy potoczyły się już lawinowo. W Warszawie często trenowałem na Forcie i przy okazji poznałem Pawła J., z którym znaleźliśmy jeszcze kilka miejscówek.

To chyba pierwszy urobiony przez  Pawła midline (grudzień 2010 r.)



Dodatkowo zrobiłem kilka fajnych linii w Kazimierzu Dolnym. W 2011 i 2012 roku skoczyliśmy z Pawłem do BG, padły kolejne haje. Od tego czasu przygotowałem i przeszedłem ich tylko w Bułgarii około 70. Czy lepiej chodzę niż 3 lata temu? Technicznie wydaje mi się, że podobnie, czyli raczej słabo -strasznie odstawiam nogi. Na początku źle załapałem technikę chodzenia i teraz mimo starań nie jestem wstanie tego wyeliminować z pamięci ruchowej, co oczywiście mści się na trudniejszych liniach. Psychicznie na pewno jest progres, w zasadzie przy długości highlinów, którą robię, główną rolę odgrywa głowa. Zresztą wystarczy, że mam w innej dziedzinie życia nerwówkę i już highliny za bardzo mi nie wychodzą.
Slackline jest dla mnie wspaniałym uzupełnieniem wspinania. Jako jedyny i podstawowy sport to trochę byłoby mi za mało i za nudno. Być może tak jest bo nie uprawiam tricklinu i nie mam specjalnie parcia na rekordy. Zresztą przez ostatni rok te osiągnęły niesamowite wartości, w highlinie zbliżając się prawie do 400 m. Ja ze swoimi liniami 40, 50 czy 60+ to specjalnie nawet nie mam czym się chwalić, zresztą nie jestem „zawodnikiem" i robię to  dla przyjemności. Swoje miejsce w tym sporcie znalazłem w szukaniu nowych miejscówek. Samo znajdowanie i przygotowanie nowych linii zajmuje o wiele więcej czasu i jest trudniejsze od samego przejścia, a nieraz nawet i ryzykowne. Przy okazji przeżywam mnóstwo przygód, poznaje nowych ludzi i zwiedzam wiele niesamowitych miejsc. Oczywiście jest też trochę adrenaliny, gdy wchodzę na taśmę po raz pierwszy i zastanawiam się czy stanowisko, które przed chwilą zbudowałem na pewno wytrzyma :)



Jeden z piękniejszych, ale ze względu na kruchość skał najniebezpieczniejszych rejonów highlinowych w BG. 


I na koniec, jeśli komuś nie wychodzą highliny, naprawdę nie ma czym się przejmować. Trzeba być upartym, próbować, trenować, jeszcze raz próbować. Ważne, by małymi kroczkami dążyć do celu. Na pewno w końcu się uda. Pomyślcie o mnie. Nie jestem pierwszej młodości, slackline zacząłem uprawiać po czterdziestce, a talentu mi brakowało. 
Jeśli mi się udało, każdemu innemu z pewnością też to wyjdzie i to z o wiele mniejszym nakładem sił.





Koszmarek
SlackOn