2 maja 2013

Vratsa

„Враца дето гарга не каца”

Złośliwi powiadają: „Na Wracy nawet kruki nie siadają”, a miejscowi bronią się i wyjaśniają , że nie siadają , ponieważ jest ona gniazdem orłów. Przyjeżdżając tu, ciągle słyszałem to przysłowie, ale do dziś tak naprawdę nie wiem, o co chodzi z tymi krukami. Czy to dlatego, że ciągle tu pada czy przez dawną sławę Wracy jako strasznego zadupia, w którym nie warto się nawet zatrzymywać. Dziś jednak miasteczko jest bardzo ładne.


Koszmarek 26 lat temu we Vracy

Nie potrafię obiektywnie ocenić tego rejonu, gdyż to właśnie tam rozpoczęła się moja przygoda ze wspinaniem. Tu po raz pierwszy poprowadziłem drogę, spędzałem każdy wolny weekend i co roku przyjeżdżałem na majówkę, aby podczas święta Gergiowden przy białym winie i pieczonej jagnięcinie spotykać się ze wspinaczami z całej Bułgarii. Na Wracy też dwa razy otarłem się o śmierć... ale po prostu kocham to miejsce. 


Widok na skały z „Domu Alpinisy”

Będąc pierwszy raz w polskich skałach, stojąc na patelni u stóp Okiennika Rzędkowickiego, zapytałem partnera – a gdzie tu są skały...?
Wraca znajduje się 116 km na północ od Sofii, u podnóża gór Stara Płanina, 370 m. n. p.m. Nazwa miasta pochodzi od malowniczego przełomu ( Wratcata ) rzeki Lewa. W centrum stoi pomnik słynnego bułgarskiego wieszcza, poety i przywódcy powstania – Hristo Botewa, który w 1876 roku zginął od tureckiej kuli na pobliskim szczycie Kamarata. 


„Wracata” pocztówka z 1956 roku (projet highline - 60 m)


Już 6000 lat p.n.e. tereny te były już zamieszkane ( głównie przez ludność trudniącą się w rolnictwie i hodowli bydła). Zadziwia jednak jeszcze bardziej fakt, że niedaleko we wsi Rogozen został znaleziony jeden z największych skarbów, jakie kiedykolwiek odnaleziono na bułgarskiej ziemi, składa się z 165 złotych i srebrnych naczyń zdobionych scenami z mitologii i historii Tracji, z wyrytymi imionami tamtejszych władców. Wszystko razem waży 20 kg i pochodzi z V wieku p.n.e.


W Sofii na lotnisku

Na Wracę dojechać możemy z Polski autem, ale nie polecam. 20 godzinna jazda jest dość męcząca, a samochód na miejscu jest nam zbędny. Najlepiej odpowiednio wcześniej zaopatrzyć się w bilety lotnicze do Sofii ( 360 zł - 500 zł). Po przylocie z sofijskiego lotniska dotrzeć trzeba na centralny dworzec kolejowo-autobusowy skąd pociągiem lub autobusem (lepiej i szybciej) udajemy się na Wracę. Tam łapiemy taksówkę lub robimy sobie 30 minutowy spacerek w skały, jako kierunek obieramy jaskinię Ledenica lub wieś Zgorigrad.
Za darmo możemy spać w namiotach przy samych skałach. Bieżącą wodę czerpiemy ze żródła na końcu ścieżki, około 400m od przełomu Wracata w kierunku Zgorigradu. Niestety namiotu i bagażu nie możemy zostawić bez opieki. Zdarzyło mi się  już kiedyś wracać do Sofii obwieszony szpejem w butach wspinaczkowych i uprzęży. Najlepszym rozwiązaniem jest spanie w prywatnych kwaterach w Zgorigradzie ew. w Domu Alpinisty. Osobiście polecam pensjonat prowadzony przez panią Kristine. Dobrze jest odowiednio wcześniej zadzwonić i zarezerwować sobie miejsce.


Pokój i willa u pani Kristiny we wsi Zgorigrad

Przewodników wspinaczkowych w zasadzie brak. Ja posiadam tylko jeden i to mocno leciwy bo z 1980 roku. Aktualny jest na stronie http://climbingguidebg.com 
Niestety internetowy przewodnik miejscami nie jest zbyt dokładny. Trzeba się dobrze przypatrzeć, aby znaleźć właściwą drogę. Parę lat temu z Arkiem Koszkiem (UKA) chcieliśmy rozruszać się na czymś łatwym i dlatego też wybraliśmy czterowyciągową 5c. Owszem, rozgrzaliśmy się, ale jak na 5 była dość trudnawa. Dopiero po paru latach widząc wycofujący się z tej drogi bułgarski zespół, spytałem ich o jej wycenę. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałem, że to mocne 6b. Nasza rozgrzewkowa droga też tam była, ale 15m w lewo, co nie do końca wynikało z internetowego schematu.


Zjazd z  „Urvicz”, z tyłu masyw Kosmonawti ze swoją drogą 
„Kosmos” – 7a, biegnącą charakterystycznum pęknięciem

Pierwsze wspinaczki datowane są w tym rejonie na rok 1949 i do dziś powstało tu ponad 500 dróg.
Wśród wspinaczy krąży anegdota, że na Wracy jeżeli nie pada to jest za ciepło. Jest w tym sporo prawdy. Najlepszym czasem na wspin jest wiosna, od początku kwietnia (zimno) do końca czerwca (niestety początek maja bywa deszczowy) i jesienią do połowy października (potem znów deszczowo), choć wspinałem się tu nawet w ciepłe grudniowe dni. Skały mają różną wystawę więc latem przy 40 stopniowym upale, też coś sobie znajdziemy, ale na pewno nie będzie to południowa 450 m „Centralna Ściana”. Jeżeli upady długo się utrzymują lub jest gorąc nie do wytrzymania to zawsze możemy udać się w rejon sportowy „Karierata”.


Widok na środkową cześć Centralnej Ściany biegną tu klasyki:
„Orlovec”, „Vinkelite”, „II Kongres BTS”, „Ogledalata”  

Skała przypomina wapień Paklenicy, lecz mniej ostry i niestety dość mocno zarośnięty drzewami, różnymi krzakami i trawami.Z reguły roślinnośc jest tutaj przeszkodą, ale w niektórych przypadka może posłużyć jako dodatkowa asekuracja. Wyjątek stanowią oczyszczone drogi jedno wyciągowe oraz masyw „Hergiani”. 
Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jest parę sektorów sportowych: „Małka dupka” 50 dróg (6a+ do 8b+), „Goliama Dupka” 20 dróg (6a+ do 8c), „Sini Stegi” 38 dróg (6a+ do 8b+). Wszystkie z przewagą dróg nad 7b+ w przewieszeniu. „Prochodna Wraca”czyli około 44 dróg sportowych (6a do 7b) z przewagą łatwych 6a do 6c. Jadąc z Polski sportowe drogi robiłem tylko dla rozgrzewki lub w czasie załamania pogody. Przecież  mając przed oczyma takie ściany nie będę się wygłupiał na 20m popierdółkach. Wolę czuć wiatr we włosach na 10 wyciągu szóstkowej drogi, niż zaliczyć zrobienie 15m „ekstremy” 7b+, na której młodsi koledzy z klubu ledwie, by się rozgrzali... ale widocznie z wiekiem tak już jest.


Koszmar podczas samotnej wspinaczki w ulubionym 
masywie Bezengi, po prawej płyta z drogi „Viater v kosite”

Istnieje mnóstwo dróg wielowyciągowych obitych parę lat temu ringami, na które wystarczy zabrać 12 ekspresów (chyba, że w opisie są jakieś dodatkowe uwagi). Tak swego czasu wybraliśmy się z Koszkiem (UKA) na drogę „Viater v kosite”, 6a+. Nagle między ringami powstała 15m przerwa. Miejsce zrobiło się koszmarne :) z możliwością gleby w półkę stanowiskową.  Po skończonej drodze już w opisie doczytałem – zabrać kości lub friendy. 
Dla mnie najfajniejsze obite sektory to Bezengi, Urvicz i Ivan Vazov. Możemy się tam udać w czasie niepewnej pogody, z początkującym partnerem lub w celu bezstresowego wspinania się dla przyjemności.W razie załamania pogody w każdym momencie możemy zjechać. Sektory te są popularne tak więc w mają w miarę czystą litą skałę. Oczywiście kaski są obowiązkowe.




W czasie szukania miejsc pod nowe highliny sfilmowałem wspinaczy na drodze „Ogledalata”



Na całą resztę dróg wartko zabrać kości, friendy i dodatkowe pętle. Mamy ogromny wybór od 100m do 430 m. Na „Centralnej ścianie” najpopularniejszą drogą, którą też można zjechać (od niedawna na stanach są ringi) to „II Kongres na BTS” 370m 6b+. Równie popularne to „Orlovec” 7a- (6+A1) – 430m, „Ogledałata” 6a – 400m, „Bulgaria 1300” 6a – 400m, „Vinkelite” 5c 380m i cała masa innych, o które warto wypytać się lokalsów. 



Sofia Foteva na provadzi 6b, 1989 r.


Dla mnie swego czasu najpiękniejszą drogą na Centralnej ścianie była „Michaił Hergiani” 6a+ 245m. Jest to jedna z dróg „must do” na Wracy. W sektorze o tej samej nazwie powstało w ostatniej dekadzie sporo nowych linii. Najtrudniejszą jest Sofi – poświęcona pamięci Sofii Fotevej – bułgarskiej alpinistki, drugiej kobiety na świecie która po Catherine Destivelle, wspięła się na Trango Tower, mistrzyni Bułgarii we wpinaniu sportowym i lodowym. Miałem okazję zrobić z nią kilkadziesiąt dróg, właśnie na Wracy. Niestety zginęła w czasie treningu na 20 m skałkach pod Sofią. Na drogi wielowyciągowe ze względu na zjazdy polecam zabierać zawsze podwójną linę. 
Zakupy spożywcze możemy zrobić w jednym z wielu marketów we Wracy. W niektórych np. w Billi spokojnie płaci się kartą. Bankomatów na centralnym  deptaku jest kilkanaście. Sklepów wspinaczkowych brak. Żadnych restauracji nie będę polecał, gdyż to, co w tym roku jest ok, za rok okazuje się wielkim niewypałem. Jest ich dużo, a żarcie jest w przystępnych cenach. W dni wolne od wspinania można się wybrać na jeden z ponad 20 szlaków turystycznych, a jeżeli mamy już dość Wracy to możemy przejechać pociągiem osobowym w niedaleki rejon sportowy LakatnikSkłada się on z 6 podrejonów. Jest tam ponad 366 dróg od 6+ do 8c. Z tego 73 powyżej 7b+.
Oczywiście Wraca to nie Verdon, Paklenica czy Arco. Jednak dla kogoś kto już wszędzie był, a w dodatku ma tylko tydzień wolnego i nie chce wydawać majątku to jak najbardziej polecam.

PS. W tym roku na Vracy zginął mój partner sprzed lat – Gioko, o którego przejściach solo krążyły legendy. 


Georgi Kostov „Gioko” – legenda bułgarskiego alpinizmu





Koszmarek
SlackOn

1 kwietnia 2013

Podsumowanie sezonu 2012

Highline przez duże „H”

Usłyszałem kiedyś słowa młodego slacklinera: „Jak zrobię highlina przez duże „H” to zakończę karierę”. Zapytałem, co to dla niego oznacza, a on odpowiedział, że długość musi przekraczać 50 m, a wysokość być co najmniej równa długości taśmy. Co prawda wiosną na moście Grota Roweckiego z Pawłem Jarosiewiczem udało mi się przejść 60 m midlina, ale mała wysokość i zerowa ekspozycja nie mają nic wspólnego z „prawdziwymi” highlinami. Oczywiście granica 50 m jest bardzo umowna. Rekord świata już dawno przekroczył 100 m. Cóż, każdy ma swój Mont Everest, niekoniecznie na 8 850 m. n.p.m. Dla mnie na początku roku przekroczenie granicy 50 m na highlinie pozostawało w strefie marzeń.



Rok zaczął się obiecująco. Już 1-ego stycznia przechodzę nowego 33,5 metrowego midlina, parę dni później jeszcze jednego 36 metrowego, a w kolejnych dniach dwa nowe highliny 31 i 38.5 metrów przy temperaturze poniżej 20 stopni. Zima nie zima, cały czas z Pawłem trenujemy. Obozowa, Bloco i slack w parku przy Obozowej. 2-ego marca, w dość niesprzyjającej aurze, przechodzimy 60 m midlina „Wawaline” na moście Grota Roweckiego. Niestety kulturalnie wypraszają nas stamtąd mundurowi. Szkoda. Była to niezła miejscówka na trening


Paweł Jarosiewicz na „Wawaline”, L-60 m

Wiosna

Coraz bardziej daje mi się we znaki kontuzja kręgosłupa, mam problem z zawiązaniem sznurówek nie mówiąc już o wspinaniu czy highlinowaniu. Za lekarzami nie przepadam, więc postanawiam udać się na rehabilitację do Bułgarii. Oczywiście zabieram buty wspinaczkowe, uprząż i trochę sprzętu do slaczenia. Mimo, że Święto Wina (Trifon Zarezan) już dawno minęło, na miejscu znajomi (w ramach rehabilitacji) raczą mnie ogromnymi ilościami tego trunku. Plecy jakby mniej zaczynają boleć, więc uciekam w góry w poszukiwaniu nowych miejsc pod highliny. Trafiam do Teteven. To małe miasteczko położone w dolinie rzeki Vit w samym sercu pasma górskiego Stara Płanina, między szczytami: Ostricz, trudno dostępnym szczytem Petrachilia, Czerwen i Weżen. Przyroda regionu zapiera dech w piersiach. Pionowe skalne ściany, łąki, wodospady i jaskinie. Są też dwa sportowe rejony wspinaczkowe „Sinyoto Kolelo” i „Ribaritsa”. Co prawda jest tam tylko 38 dróg, ale aż 35 ma powyżej 6c. Po kilku dniach łażenia mam to czego szukałem. Na jednym ze szczytów dziewicze ściany tworzą coś w rodzaju kilku ogromnych podków. Wszystkie na sporej wysokości od 60 do 120 m. Obijam i przechodzę dwa nowe highliny „Balkan Horses” L-32 m; H-80 m i „Nagore kam slance” (Do góry ku słońcu) L-40 m; H-120 m. Ściany mają wystawę południową przez co tworzą się silne kominy termiczne, które trochę mi przeszkadza, ale są rajem dla miejscowych paralotniarzy. Jestem zauroczony tym miejscem, przepiękna miejscówka z widokiem na Starą Płaninę. Zapewne niebawem tu wrócę. 


Highline „Do góry ku słońcu”
 Jadę do miasta Plovdiv, gdzie latem poznałem niezwykle zdolnego slacklinera – Serafima. Postanawiam mu pomóc w zrealizowaniu pierwszego bułgarskiego przejścia highlina. Serafim nie miał nigdy do czynienia z alpinizmem, speleologią i taśmami na wysokości. Podchodząc w deszczu ze śniegiem pod highlina „Kale” – 27 m, szczerze wątpię czy mu się uda. Na miejscu widzę w jego oczach przerażenie i lęk wysokością. Mimo wszystko postanawia spróbować. Po zaliczeniu dwóch lotów i chwili wyciszenia, udaje mu się. Jestem pod wrażeniem jego talentu. Radosne uściski i gratulacje nie mają końca. Sukces opijamy domowym winem z piwniczki jego rodziców. Dwa dni później zalicza już spokojnie OS kolejnego haja. 
Natchniony pozytywnymi wibracjami niczym po spotkaniu z Dalajlamą udaję się do Karlukowa. Przechodzę kolejno 40 m i 46 m metrowego highlina. Wtedy to był mój rekord. O rehabilitacji prawie zupełnie zapomniałem, więc jadę na basen z wodami termalnymi. Następnego dnia nie mogę wstać z łóżka…. Koszmar. Do dupy z taką rehabilitacją. Wracam w góry i przechodzę bardzo trudny technicznie projekt „Euredyka”. Niby tylko 34 m, ale daje mi w kość, 3 godziny podejścia, zjeżdżanie i wychodzenie na prusach do stanowisk, wspinanie w przyciasnym kominku. Na końcu nadciąga potężna burza z piorunami.Przed samym powrotem do Polski udaje mi się trochę jeszcze powspinać, ale za największy sukces wiosennego wyjazdu uważam przejścia Serafima. Jest tak wielu zdolnych młodych ludzi, ale bez pomocy i wsparcia nie mogą liczyć na progress.




Lato
Wreszcie urlop. Znów 22 godziny jazdy samochodem do ukochanej Bułgarii. Po przyjeździe wraz z Pawłem i dziewczynami udajemy się nad morze. Woda ma 28 stopni. Bosko! Idealne warunki na waterline i nadmorskie midline. 




Czarnomorskie trickline, midline i waterline

Po kilku dniach „SPA” uderzamy jednak na highliny. Panują niemiłosierne upały, 44 stopnie w cieniu. W nocy nie da się spać. Wszędzie pożary. Podobno to lato 100-lecia. Po jednodniowym pobycie w Karlukowie dostaję udaru cieplnego. Nie jestem w stanie funkcjonować w tej temperaturze. Postanawiamy więc z Pawłem dokończyć zeszłoroczny projekt „Hubavec” w górach Stara Płanina.


Highline „Hubavec”, L-42 m, Karlovo

Tam na pewno będzie chłodniej. Wiosną udało mi się przygotować tylko jedno stanowisko, a do drugiego nawet nie dałem rady dojść przez wzburzoną rzekę. Skała to granit z kryształkami kwarcu. Jedno czterowidiowe wiertło Hilti starcza na jedną dziurę. Nawet we dwóch nie jest nam łatwo. Wniesienie sprzętu, przygotowanie, przerzucenie taśmy i naciągnięcie zajmuje nam cztery dni. Gdy piątego dnia przystawiamy się do projektu, zaczyna mocno wiać. Jesteśmy zrozpaczeni, że tyle przygotowań pójdzie na marne. To tylko 42 m, ale wiatr skutecznie zrzuca nas z taśmy. Nie poddajemy się. Cudem udaje mi się przejść, a zaraz po mnie Pawłowi. Jego przejściu przygląda się strażnik parku narodowego (trzeba mieć pozwolenie od władz na działanie w tym rejonie) i w pewnym momencie z niedowierzaniem komentuje: „Ten chłopak to prawdziwy fakir”. Na parę następnych dni Paweł zyskuje nowy przydomek: „Fakir”. Szczęśliwi schodzimy w dolinę.

***



   Termometr cały czas pokazuje 42 kreski. Co robić? Zastanawiamy się nad projektem w chłodzie jaskini. Jedziemy do „Prohodnej”. Po oględzinach obijamy pod samymi „Oczami Boga” highlina „Oczi cziornyje” – 27m. Jest niesamowity. Jest to trzeci highline w jaskini na świecie. Paweł dostrzega jeszcze jedno miejsce na wyższy, dłuższy i o wiele trudniejszy technicznie projekt. Do każdego ze stanowisk trzeba się wspinać. Z jednej strony okazuje się to w miarę łatwe, gdyż w pobliżu biegną drogi sportowe i można korzystać z ich wpinek. Do drugiego stanu jest znacznie gorzej – dziewicza ściana z kruchych narośli skalnych. Napieram. Jestem spięty, nie mam pojęcia czy ktoś już kiedyś się tu wspinał i czy się nie zapcham. Wkładam w rysę frienda i sam nie wierzę w to, że przy upadku mnie utrzyma. Zerkam na Pawła. Też jest zdenerwowany. Docieram wreszcie na obszerny balkon gdzie ma być nasz stan. Uff! Po chwili konsternacja: nie ma skały, w którą mógłbym wbić bolta. Wszystko jest pokryte blisko 30 cm warstwą gliny zmieszanej z kośćmi nietoperzy i odłamkami skał. Przydałaby się łopata, a ja mam tylko młotek. Trudno. Zaczynam to wszystko odgarniać i czyścić. Mija parę godzin nim wbijam bolty. Zakładam stan i zjeżdżam. Wyglądam jak górnik na koniec szychty. Paweł już ma nazwę na tego haja „Dirty Caveman”. 


W promieniu światła z „Oczu Boga”
Paweł na highline „Crazy Caveman"


Zmęczeni na stanowisku pod „Oczami”

Rano naciągamy taśmę i atakujemy. Puszcza, mimo, że do jaskini wchodzi stado owiec i strasznie beczy, co nas mocno dekoncentruje. Echo potęguje ten dźwięk. Takiego „supportu” nikt by nie wymyślił. Highline „Oczi cziornyje” jest piękny, a ten po prostu zjawiskowy. Przyszedł czas na zmianę otoczenia. Udajemy się w góry Riła, żeby poszukać nowych miejsc pod highliny. Aby sprawdzić jedną z miejscówek musimy wspiąć się północną ścianą Malyovitsy. Powstanie tu kiedyś highline przez duże „H”, ale póki co jest poza naszym zasięgiem. W dolinie, między drzewami, rozpinamy „40” na której szlifujemy formę. Niestety wakacje dobiegają końca, wracamy do Polski.







W górach Riła

Jesień

Po powrocie do kraju czuje pewien niedosyt i za zgodą żony wracam do Bułgarii w drugiej połowie września. W pierwszej kolejności udaje się na moją nową miejscówkę w okolicach miasta Plovdiv. Dwa tysiące lat temu mieściła się tu warownia rzymska, a jeszcze wcześniej świątynia Traków. Pozostałości murów i kamiennych ścieżek, wszystko mocno zarośnięte i zapomniane. W ziemi sporo glinianych skorup. Nie wiem czy byli tu archeolodzy, ale na pewno miejsce zostało przeczesane przez miejscowych „poszukiwaczy skarbów”. W kilku miejscach są wykopane głębokie dziury i można dostrzec przekopane mogiły z widocznymi kośćmi. Dobrze, że nie miałem saperki, bo zamiast łażenia po taśmie zająłbym się kopaniem;) Przez następne dni obijam tu i przechodzę cztery nowe highliny: „Pugio”– 37m, „Gladius”– 40 m, „Spatha”– 43 m i „Centuria” – 51 m. „Centuria” jest moją pierwszą „50”. Dostępuję tego zaszczytu jako trzeci Polak i teraz tak naprawdę rozumiem jak ważna jest realizacja swoich celów.


Pierwsza „50” „Koszmarka”, „Centuria” L-51 m

   Zachęcony sukcesem jadę na zeszłoroczny, bardzo eksponowany i dziewiczy 54 m projekt – „Gangrena”. Rok temu nie udało mi do niego porządnie przymierzyć. Dopadł mnie zgorzel zęba.... gangrena.... Z bólu byłem bliski skoku w czeluść. Ze względu na dużą ilość sprzętu muszę go wnosić na dwa razy, co jest bardzo wyczrpujące. Realizacja całości zajmuje mi całe 3 dni. Można powiedzieć, że „Gangrena” to już highline przez duże „H”. Długi, wysoki i straszny. W jednej z prób odpadam na samym końcu, dotkliwie obijając sobie żebra i kolana. Mimo wszystko kontynuuję i projekt wreszcie pęka. To moja druga „50”.


Druga „50 ”  „Koszmarka” „Gangrena” L-54 m. Czyżby highline przez duże „H”?
***
I znowu w Teteven. Wspinam się szybko ścieżką do góry. Dookoła fioletowe dywany jesiennych zimowitów. W plecaku tylko wiertarka, wiertła, zapasowa bateria, młotek, bolty i woda. Pogoda nie lepsza niż w Polsce, tylko 8 stopni, pada i mocno wieje – przynajmniej wypróbuję mój nowy niebieski goretex. Dziś na szczęście tylko obijam. Docieram na miejsce. Szybki rekonesans i znajduję dwa nowe haje. Muszę się asekurować. Mokry wapień jest bardzo śliski. Zaczynam wiercić…pierwsza dziura, druga, trzecia… Zaczynam czwartą… upss. Koniec prądu. Bateria zapasowa okazuje się zupełnie bezużyteczna, a ładowarka 100 km stąd.. Niewiele myśląc ubieram rękawiczki, biorę wiertło i młotek. Ostatnie dwie dziury wybijam ręcznie jak za starych czasów. Drugiego haja obiję przy następnej wizycie.

Premiera z ankle leash

   Następnego dnia naciągam obitą wcześniej linię „Кърпи-кожух” (Zimowit jesienny) i szybciutko przechodzę ją w obie strony. Jest pięknie! Siadam na końcu systemu i odwiązuję lonżę. Przeszywa mnie dreszczyk emocji. Czuję się trochę nieswojo, tak jakby mi czegoś brakowało. Może solo? Patrzę w dół i wiem, że są tylko dwie opcje: 65 m lot, albo przejście. Chyba zastanawiałem się o ułamek sekundy za długo. Włącza się rozsądek i logika. Jeżeli spadnę to rodzina będzie miała spore problemy. Większość znajomych będzie się stukała w głowę i pytała dlaczego. Dla chwały, prestiżu, uznania kolegów, pieniędzy? Bez sensu. Opcja druga, bardziej prawdopodobna: przechodzę…ale co z tego? Będę miał na koncie przejście FS pewnie jako drugi Polak i wielu zagraniczniaków, a co gorsza żona będzie miała do mnie pretensję i przez najbliższy rok nie będzie się do mnie odzywać. Obie opcje są nie do przyjęcia. Wycofuję się do stanu i zawiązuję lonżę do kostki. Przechodzę bez problemu w obie strony. Nie jest to FS, ale zawsze coś nowego. Podziwiam highlinerów chodzących bez asekuracji: Janka Gałaka, Jordan Tybona, Faith Dickey czy Andy Lewisa i wielu wspinaczy, nie zapomijając oczywiście o moim klubowym koledze Wernixie. Szacun. Trzeba mieć żelazną psychę i opanowanie, by żywcować. Wiadomo: prędzej czy później może się zdarzyć potencjalnie niebezpieczna sytuacja. Osobiście nie jestem przeciwnikiem żywcowania, bo tak jak mistrzu ;) Damian Czermak uważam, że żywcowanie jest fajne, a filmiki z przejść bez asekuracji pozytywnie inspirujące. 
  Parę dni później wracam ponownie do Teteven żeby obić i przejść kolejne linie. Podczas jazdy słucham relacji „na żywo” ze skoku Felixa Baumgartnera. No cóż. Jedni skaczą z kosmosu przekraczając szybkość dźwięku a inni wałesają się po górach szukając dogodnych miejsc do chodzenia po taśmie. Trochę to absurdalne, ale pasja jest pasja.



Obijanie w deszczu highlina „Incognito"
  
 Noc spędzam w schronisku. Już zamykam oczy, gdy dzwoni telefon. Miła pani przepraszając, że dzwoni tak późno, mówi że zdobyła numer mojego telefonu od znajomych z Facebooka. Pyta czy mogłaby przeprowadzić ze mną wywiad do lokalnej bułgarskiej TV i zrobić reportaż jak chodzę po taśmie na wysokości. Nie lubię kamer, reklamy i widowni. Jąkam się nawet na pokazach przed klubowiczami. Nie zgadzam się. Może innym razem. Zresztą nie będzie jutro czasu na lansowanie. W planach mam przygotowanie i przejście dwóch linii i to nie w pobliżu auta, a w półtorej godziny drogi pod górę. W małym mieście nic się nie ukryje. Wszyscy już chyba wiedzą, że przyjechałem. Ranek. Szybka kawa i ruszam z ciężkim worem. Mam sprzęt do highlina i sprzęt do wiercenia. Żarcie ekstremalnie ograniczam jedynie do wody. Dziś ma nie padać, więc zbędne ciuchy zostają w aucie. Kamera, statyw, wszystko co za dużo waży również. Idąc spotykam stado owiec i kozy. Zachwycam się sympatycznie wyglągającą kozą, która niestety okazuję się kozłem... i rusza do ataku. Przed rogami chronię się za karimatą. Jednak działa ona na niego jak czerwona płachta na byka. W końcu daję za wygraną i zaczynam uciekać, choć z tak ciężkim plecakiem to trudne. Kozioł za mną. Nie wytrzymuję. Zwijam karimatę w rulon i ździelam natręta parę razy po pysku. Skutkuje. Wraca do stada. Po dojściu na miejsce odbijam dwa nowe highliny. Pierwszy otrzymuję nazwę „История с козела” (Przygoda z kozłem) L-20 m; H-65 m, a drugi „Инкогнито” (Incognito) L-44 m; H 75 m. Mimo wiatru szybko przechodzę krótszego i naciągam eksponowaną 44. Gdy kończę przejście zaczyna padać. Sprzęt zbieram już w totalnej ulewie przy kanonadzie piorunów, a mój nowy niebieski goretex został w samochodzie. Plecak był ciężki gdy był suchy. Teraz z mokrym sprzętem waży tonę. Po prawie dwóch godzinach szczęśliwe docieram do auta. W trakcie zejścia dzwoni do mnie zaniepokojony, niedawno poznany ratownik górski. Manio pyta się czy wszystko gra. Przemoczony i zmarznięty goszczę u niego w domu na herbatce z prądem. Jakiś czas temu zwrócił uwagę na samochód na polskich tablicach, podszedł do mnie i spytał czy to ja jestem tym gościem z Polski, który chodzi po „linie”. Widział moje filmiki na youtube i sam zaczął uprawiać slacklining. Niesamowite i miłe zarazem. Znajomość z Maniem pozwala mi poznać wszystkich ratowników górskich z regionu. Tak więc jakby coś kiedyś nie wyszło to będzie się do kogo zwrócić o pomoc.


Highline „Incognito, L-44 m

Teteven zostaje w tym roku moim ulubionym rejonem highlinowym. U góry spokój i cisza, na dole w mieście miła atmosfera i sporo znajomych. W tym roku obiłem i przeszedłem tu w sumie pięć nowych linii, a szósta jest w przygotowaniu. 


„Sirene po szopski” mniam, Teteven




***

Przed samym powrotem do kraju zahaczam jeszcze o Karlukovo, gdzie postanawiam zmierzyć się z najdłuższym i ostatnim, nie mającym jeszcze przejścia 57 m projektem „Egzystencjalne zombie”. Obijając go rok temu nawet nie marzyłem, że będę się do niego kiedyś przystawiać. Przygotowałem go dla naszego klubowego mistrza Pawła Jarosiewicza. Niestety. Latem, przy 44 stopniach, nawet Paweł wymiękł. Pięćdziesiąt siedem metrów, przerażająca ekspozycja i tabuny turystów. Z niedowierzaniem robię pierwsze próby. Przechodzę połowę i nawet nie spadam, a siadam na taśmie. Sam nie wierzę, że to przejdę. Wreszcie mobilizacja i po dramatycznej walce (6 odpadnięć na ostatnich 5 metrach) przechodzę!. Co za ulga! „Zombie” jest dla mnie zwieńczeniem dwóch lat treningów i pewnego rodzaju spełnieniem marzeń. Jego przejście zamyka pewien etap w moim slaczeniu. Dłuższe linie w przyszłości będą wymagały zmiany sprzętu i jeszcze więcej treningów. 


„Egzystencjalne zombie” L-57 m. Uwieńczenie dwóch lat treningów

Udało się i mogę z czystym sumieniem wracać do Polski. Zrealizowałem wszystkie swoje highlinowe plany i marzenia na ten moment. Jest to trochę straszne. Teraz muszę wymyślić sobie kolejny cel. Powinien być na tyle trudny, by nie padł w ciągu kilku przystawek, ale w miarę realny do zrobienia w przyszłości. Taki, który da mi chęć do regularnych treningów i zimowych przemyśleń.

***

Na początku listopada przechodzę free solo 32 m midlina. W kwesti żywcowania w pełni się podpisuję pod słowani wrocławskiego wspinacza i highlinera Damiana Czermaka: „Zrobiłem w życiu kilka dróg wspinaczkowych bez asekuracji, zawsze jednak byłem w 100% pewny przejścia, zawsze też byłem sam w skałach. Nie lubię, kiedy ktoś chodzi free solo, gdy dookoła są ludzie. I nie chodzi tu bynajmniej o popisywanie się. Jest to przejaw wielkiego egoizmu. Samo odrzucenie asekuracji jest przejawem egoizmu, ale jeśli dookoła znajdują się ludzie, skazujemy ich na to, że będą musieli zająć się tym co z nas zostanie, gdy nam się nie uda. Ta myśl zawsze była dodatkowym obciążeniem dla mojej psychiki. Oczywiście nie zakładamy, że nam się nie uda, ale mimo wszystko...” Patrząc na to z innej strony nie pozwolę na solowanie partnerowi w mojej obecności. Nie jestem przygotowy na to, że może się coś stać. W razie niepowodzenia będę musiał tłumaczyć rodzinie, znajomym i sobie dlaczego na to przystałem. A i tak poczucie winy będzie mi towarzyszyło do końca życia. Idealne solo highlinowe to – sam wnosisz sprzęt – sam motasz – sam przechodzisz. Jest to może dość radykalne podejście do sprawy i dużo osób w tej kwesti się ze mną nie zgodzi. Oczywiście inaczej ma się sprawa, gdy zespół godzi się z tym, że ktoś żywcuje, jest gotowy ponieść ewentualne konsekwencje. Tak jak np. w teamie Janek-Jordan. Jadą rozwiesić taśmę w tym samym celu – by pożywcować.
   Jestem w pełni świadom niebezpieczeństwa. Choć jest to tylko midline, upadek z 9 m może zakończyć się kalectwem lub śmiercią. Lecąc mogę trafić w pnie drzew lub upaść głową w dół. Czy jestem uzależniony od adrenaliny a przy jej braku przestawał racjonalnie myśleć? Trudno powiedzieć. W sumie nie mam problemów z „psychą”, ale przejście solo dużo mnie kosztuje. Jestem strasznie spięty, przez co technika chodzenia pozostawia wiele do życzenia. Wiem, że nie powinienem latać, a na dzień dobry zaliczam lot z łapaniem taśmy. Chwila skupienia, kolejna próba i jestem po drugiej stronie. Łydki drżą mi z wysiłku. Na przyszłość poziom adrenaliny raczej będę sobie podnosić asekurując się za nogę lub omijając przeloty w czasie wspinania.


„Cud nad Wisłą” L-36 m. Niesamowity klimat Twierdzy Modlin

Z kolei pod koniec listopada udaję nam się z Pawłem zrealizować w okolicach Twierdzy Modlin pierwszy ogólnodostępny i trzeci highline na terenie Mazowsza (pierwszy był w centrum handlowym Blue City w 2007 r., drugi między domami towarowymi Junior i Sawa w 2009 r.). Oczywiście nie liczę projektów które nie doczekały się przejścia np. 50 m haj w Gazowni na Woli. Pogoda nam dopisała, a miejscówka okazała się bardzo klimatyczna. W 1920 roku toczyły się tutaj walki polsko-bolszewickie, dlatego highlin otrzymał nazwę „Cud nad Wisłą” L-36; H-17m. Tydzeń później przechodzimy tu jeszcze jedną, tym razem 22 m linię – „Korpus Kadetów”.



„Korpus kadetów” L-22 m , Twierdza Modlin 

***

Wracając do tematu. Czy udało mi się w tym roku przejść highlina przez duże „H”? Oglądając zdjęcia z przejścia 110 m lini „Big” na taśmie poliestrowej w Austrii, z pewnością jeszcze nie. Zresztą nie mam zamiaru kończyć swojej „kariery” slacklinowej. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia i miejsc do odwiedzenia. W przyszłym sezonie chciałbym się skupić nie tyle na poprawieniu swojego wyniku, ile na poszukiwaniu jak najpiękniejszych miejsc pod haje.

Koszmarek
SlackOn!

3 lutego 2013

Highline „Most Gdański", nocna akcja


Most Gdański składa się z dwóch części: kolejowej i drogowo-tramwajowej.
Dochodzi godzina 0:00, kilkanaście minut temu przyjechał Paweł. Pakujemy sprzęt, robimy herbatę w termosie i ruszamy. Kierunek Most Gdański. Szpej ograniczyliśmy do minimum, w razie wpadki i ewentualnej konfiskaty straty będą minimalne. Dwa lata temu, rozwiesiliśmy tam taśmę, przyjechała policja i nas spisała. Panowie zagrozili mandatem 3000 zł. Myślę, że sami byliśmy sobie wtedy wini. Robiliśmy to w dzień, a dookoła było pełno ludzi. Na jednym moście, co chwilę przejeżdżał tramwaj zwalniając przy naszym haju, na drugim pociąg. Nikt z nas nie miał na koncie żadnego highlina, a ja nawet nie umiałem wstać z siadu. Wtedy szanse na przejście były nikłe."Spaliliśmy" miejscówkę, dlatego zdawałem sobie sprawę, że tym razem w razie kłopotów na święta nie będzie prezentów :P , natomiast Pawłowi groziłoby może tylko pouczenie.
  Jest zimno. Termometr w aucie pokazuje -10°C. Mimo tak późnej pory, na ulicach spory ruch. Dojeżdżamy. Upps. Przy parkingu widzę zaparkowany radiowóz. Nie skręcam. Robimy rundkę honorową i wracamy  na miejsce po 15 minutach. Jest czysto. Wchodzimy na most kolejowy. Nie jest zimno - jest potwornie zimno, silny wiatr i woda pod stopami potęguje to uczucie. Miejsce na taśmę wybieramy około 80 m dalej niż dwa lata temu, przy kolejnej wysepce i drabince prowadzącej na „rurę". Tu nas nie widać. Mija 0:40 i właśnie przejeżdża ostatni tramwaj. Biorę procę i udaję się na drugi most. Naglę gasną latarnie... kurwa... w takich ciemnościach będzie jeszcze ciężej. Już wiem, że z filmowania nici. Trudno. Zdejmuję rękawiczki i strzelam w kierunku Pawła. Pudło. I tak cztery razy. Ciężko jest trafić w ciemność dokładnie miedzy przęsła, a Paweł ma kłopoty z odnalezieniem fluorescencyjnej plecionki o grubości 0,10 mm. Niby mamy czołówki, ale ich nie używamy, by nie zwrócić na siebie uwagi. Cały trzęsę się z zimna. Słyszę szczękanie zębów Pawła z drugiego mostu. Muszę założyć rękawiczki. Przywracanie krążenia w zamarzniętych dłoniach powoduję straszny ból. Chce mi się wyć i jestem bliski rezygnacji. Dlaczego nie przyjechaliśmy tu parę tygodni temu jak było powyżej zera lub latem? Sam nie wiem, może by nie było tak „ciekawie". Ostatnia próba. Strzelam i tym razem trafiam. Paweł przywiązuje taśmę z zatejpowaną liną, którą wyciągam, robię stan i wracam na drugi most. Szybciutko naciągamy system i uciekamy do auta. Na odpalonym silniku, przy gorącej herbatce, spędzamy następne 30 min grzejąc zmarznięte nogi i ręce. Wracamy na most. Atakuję pierwszy. Taśma pokryta szronem nieprzyjemnie chrupie przy stąpaniu. Kilka metrów przed końcem, nie widać ani jej ani stanu, jest tylko zimna i gęsta ciemność. Spadam. Trudno, przynajmniej trochę się rozgrzałem. Kolejna próba kończy się sukcesem. W drugą stronę jest mi już znacznie łatwiej. Kolej na Pawła. Po raz pierwszy widzę, by tak często odstawiał nogi jednak udaje mu się. Zalicza OS FM. Brawo. W sumie ten haj to nic wielkiego 22m/15m, ale w tych warunkach to „mistrzostwo świata" ;) Szkoda, że nie będziemy mieli żadnych pamiątek w postaci fotek czy filmu, ale na pewno zostanie on w mojej pamięci. Wracamy do domu. Jest już po 4, ruszają pierwsze tramwaje. Żona i córka na nas czekają. Leżą w łóżkach w ubraniach, tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było jechać na komendę lub most. Kładę się, ale nie mogę zasnąć z emocji. Co za szalona akcja.



Tu sprawozdanie filmowe. Wiele tego nie ma z powodu zimna, braku światła i operatora.

1 lutego 2013

„Banan” za 55 złotych (tekst z mojego FB marzec 2012)


Ten banan jest zrobiony na wzór starszej niedostępnej już wersji niemieckiego lineLock-a. Wybrałem ten model ze względu na bardzo fajną możliwość luzowania śruby co pozwala na szybkie i łatwe wkładanie lub wyjmowanie taśmy, no i oczywiście na niewielkie rozmiary i świetny wygląd. 



Mój pierwszy banan sprzed 2 lat jest ogromny i waży ponad 870g. Przez jakiś czas zastanawiałem się czy nie zrobić nowego z mocnego stopu aluminium AW-7075, ale od razu mi się przypomniał przelatujący koło mojej głowy aluminiowy karabinek, który na skutek zmęczenia materiału wystrzelił z 25m slacka na początku mojej przygody z tym sportem. Stal jest znacznie odporniejsza na zmęczenie, mniej się niszczy, ale niestety więcej waży. Zaznaczam, że nie posiadam jakiś zdolności manualnych i super narzędzi. Również nie mam żadnych układów w firmach i sklepach tak więc podane ceny, to ceny detaliczne dla człowieka z ulicy i to w dużym mieście. Oczywiście nie można się dać nabić w butelkę. Boczki bananów wycięte zostały w Lublinie, o zrobieniu tam tulejek zapomniałem… Podjechałem do warszawskiej firmy z pytaniem o przygotowanie dystansów aluminiowych i usłyszałem 20 zł + vat za sztukę i to jeśli dostarczę swój materiał. – Kurwa, czy ja buduję prom kosmiczny… Tak więc tulejki postanowiłem zrobić sam. Jeżeli macie znajomych pracujących przy obróbce metalu myślę, że można sporo zaoszczędzić, a przycinanie śrub i tuleje zrobić o wiele precyzyjniej niż w kuchennym warsztacie.



Musimy narysować boczki naszego banana w programie do grafiki wektorowej, a ostateczną wersję zapisać jako plik corela .cdr lub AutoCAD-a .dwg Pliczek z takim rozszerzeniem wysyłamy do firmy zajmującej się precyzyjnym cięciem wodą metali, tworzyw, ceramiki oraz innych materiałów. Polecam narysować najpierw jeden element dopracować go i następnie powielić nad pierwszym bez przesuwania, dorysować różnice i dopiero przesunąć na bok. Unikniemy w ten sposób niedopasowania elementów i poprawiania czegoś na obu wykresach.
Nie musimy mieć dokładnej kopi, tak więc jako podstawa w zupełności nam wystarczy fotka oryginału ze strony www i przykładowe wymiary podane przez producenta. Rysunek robimy najlepiej w programie do grafiki wektorowej, tak jest najszybciej. Wrzucamy fotkę naszego banana jako tło, powiększamy do odpowiedniego rozmiaru i na nim tworzymy krzywą z punktów kontrolnych, a dzięki punktom kierunkowym uzyskujemy krzywizny. Do narysowania obwodu tego banana wystarczy 6 punktów i 15 min roboty. 
PS. Jeżeli nie czujemy się dobrze w illustratorze, można też na około przez photoshopa. Wtedy w ilustratorze jedynie kasujemy zbędne punkty, ale trwa to znacznie dłużej i jest mniej dokładne.

1. Otwieramy obrazek z naszym bananem w photoshopie i skalujemy mniej więcej do naturalnego rozmiaru. 
2. Czyścimy tło, zbędne elementy i wycinamy dziury zamiast śrub. Ma zostać tylko jeden boczek z dziurami. Dziury tylko orientacyjnie, aby potem w illustratorze wiedzieć gdzie są.
3. Na warstwie pod bananem dajemy jakieś mocne tło np. czerwone.
4. Klikamy na warstwie banana na to tło i dajemy selekcję koloru (Color Rang). Zaznacza nam się całe tło wokół banana i w dziurach.
5. Następnie robimy "zaznacz odwrotnie" (Select Inverse). Tym samym mamy zaznaczonego naszego banana.
4. Na podstawie selekcji zakładamy ścieżkę do banana -> Make work path i potem Save path.
5. Ścieżkę eksportujemy do Ilustratora (Export paths to illustrator), gdzie ją ładnie wygładzamy, dajemy ostateczny rozmiar, dorysowujemy dziury na śruby i wszystkie inne elementy. Czym mniej punktów tym lepiej.



Cięcie wodą jest dość precyzyjne. Otrzymanie boczki nie wymagają żadnych poprawek. Koszt wycięcia i materiału jednego boczku ze stali kwasoodpornej (A4) o grubości 6mm wyniósł 20zł w Lublinie (ze stali nierdzewnej A2 ok. 40 % taniej).




Następnie udajemy się do sklepu specjalizującego się w sprzedaży śrub. Nie polecam sklepów typu: Castorama, OBI, Praktiker i Leroy Merlin itp.



Jeżeli chcemy oszczędzić kupujemy śruby ocynkowane klasy wytrzymałości 8.8 lub wyższej.
Ja polecam raczej te ze stali nierdzewnej (A2) lub kwasoodpornej (A4) klasy wytrzymałości 70 lub wyższej.
W przypadku tego konkretnego banana kupiłem śruby M10x70mm ze stali A2 z gniazdem imbusowym klasy 70. Ważne aby gwint nie był na całej długości śruby.
Kupiłem też nakrętki samohamowne wysokie i podkładki – również ze stali A2
Śruby ze stali nierdzewnej są dość drogie. Koszt jednej śruby to - 3,4 zł/sz, nakrętki 0,79 gr, podkładki 30gr. Czyli na banana 13,47 zł. (Oczywiście wszystko kupujemy na wagę tak więc ceny są orientacyjne)



Śruby skracamy, w konkretnym przypadku środkową do ok.61mm, boczne do ok. 59 mm długości.



Końcówki warto wyszlifować, aby nie było ostrych krawędzi.




Boczki naszego banana przecieramy drobnoziarnistym papierem ściernym i stępiamy ostre krawędzie, aby nie uszkodziły taśmy. Więcej czasu poświęćmy na te wewnętrzne i przy pierwszej dziurze (z ruchomą śrubą).



Do produkcji tulejek będzie nam potrzebny wałek z duraluminium fi 22mm. W sklepie 50cm kosztuje ok. 10zł (kupuje się to na wagę 1kg -23zł), czyli za tuleję 26mm - 1,9zł. Jest to stop aluminium AW-2017A (PA6) charakteryzujący się dobrymi własnościami wytrzymałościowymi, wysoką wytrzymałością na rozciąganie, bardzo dobrą wytrzymałością zmęczeniową. Wykorzystywane jest w lotnictwie, pojazdach mechanicznych i konstrukcjach budowlanych.



Warto się spytać w firmie gdzie wycinaliśmy boczki czy przypadkiem nie wykonali, by nam tulejek - będzie precyzyjniej i oszczędzi nam sporo pracy.



Myślałem, że najtrudniejsze w domowych warunkach przy braku odpowiednich narzędzi będzie wycinanie wałeczków, a nie wiercenie dziur.
Poszło mi w miarę sprawnie, mimo że taką małą szlifierką musiałem każdy wałeczek ciąć na 3 razy.



Jest to chyba najtrudniejszy etap z całej produkcji - wywiercenie dziury dokładnie w środku.




Na szczęście przygotowałem sobie więcej wałeczków i w paru mi się to udało. Uwaga aluminium przy cięciu i wierceniu strasznie się nagrzewa nie poparzcie się - używajcie rękawic i okularów. (Koszt wykonania jednej tulei u tokarza to ok. 5-6 zł) 


Mimo, że mam możliwość przetestowanie tego banana na zrywarce u koleżanki w BG, nie będę tego robił. Użyte materiały są takie same jak w wersji niemieckiej lub nawet lepsze (boczki są ze stali A4, która jest wytrzymalsza od stali A2). Przyjmuję maksymalne obciążenie robocze takie samo jak w oryginale. Czyli 15kN ze współczynnikiem bezpieczeństwa 3:1. Zresztą zrobiłem to na własny użytek i jeżeli zajdzie potrzeba użycia czegoś mocniejszego to skorzystam z naszego pierwszego banana który jest na śrubach 12mm.


Może nie jest rewelacyjnie, ale dwa banany ważą mniej niż jeden stary Choć najnowsza wersja lineLocka VA MKII to tylko 330g, stara 420g. 
A te 9 gram różnicy ze starą niemiecką wersją to śruby z grubszymi łepkami i minimalnie większa konstrukcja 102mm vs. 105mm.

Kolejna ostatnia już wersje bananów ze stali (grudzień 2014). Następne będą już tytanowo-aluminiowe ;) Tym razem boczki o grubości 4 mm ze stali nierdzewnej 304, śruby imbusowe M10 z obniżonym łbem walcowym - stal nierdzewna A2. Rolka aluminiowa fi 22 mm, choć przy taśmach o grubości nieprzekraczającej 3 mm można użyć rolki fi 25 mm. Waga 310 g. Będą to moje higlinowe banany, więc nie zdecydowałem się na cieńsze 3 mm ścianki czy też automatyczny przedni pin, który jednak nie jest integralną częścią banana i można go zgubić. Dla zbicia wagi można by usunąć tylną śrubę (zysk ok. 42 g) i zagiąć boczki, ale do zwalniania hajów ostatnio używam „soft release” więc wygodniej jest mi to robić z tylnego pinu.  Koszt poniżej 40 zł i to tylko przy 8 sztukach!





Koszmarek